poniedziałek, 30 lipca 2018

PIERWSZY

ŻYWIA
3 miesiące później

Cierpienia i śmierci nadejdzie kres, bowiem oto nadejdzie ten, który zjednoczy królestwa tego świata, o sercu nieskalanym nienawiścią, lecz w nienawiści wychowany; o rozumie czystym i światłym, lecz w ciemności skrytym; poruszą się wszystkie ludy ziemi, by pokłon mu złożyć lub serce wyrwać, koronę ofiarować, lub głowę na pal zatknąć. Wieść ta niech niesie się poprzez wiatry północy i piaski południa, poprzez stworzenia zachodu i osady na wschodzie, albowiem koniec wojen nastąpi jeno wżdy Wybraniec władzę posiądzie. 
Tak przebudziła się Dola. Bogini losu, przeznaczenia. Przez wiele lat uśpiona część mnie, którą wielu brało jako osobnego boga. A teraz przepowiednia dotarła do moich świątyni. Każde zwierzę i każda roślina miało powtarzać te słowa. Rozniosły się one niczym echo na najdalsze zakątki ziemi.
Nadszedł czas zmian. I coś mówiło mi, że to w moich rękach będzie sprawowanie pieczy nad losami Wybrańca. Jeżeli przepowiednia się nie spełni, a władzę przejmą elfy, nie będzie już nikogo, kto będzie w nas wierzył. Zniknie Fontanna Życia, Święty Gaj, a razem z nim i ja.  Wszystko przez Morenę, boginię, która bezprawnie wetknęła ręce w Fontannę Życia, tworząc przy tym kolejną rasę naszego świata. Swą krwią stworzyła istoty podobne do siebie. Piękne, lecz brutalne i bezwzględne. 
*
- Oprowadzę cię – zaproponowałam Morenie, bogini moru, zemsty, ale także  łowów, wiosny i leczniczej magii. Pierwszy raz widziałam ją w tej części Gaju, ale od razu wydała mi się osobą godną zaufania. Ubrana w piękną suknię utkaną z pajęczych nici, niska i śliczna blondynka szybko zdobyła sympatię zwierząt naszej świątyni. – Będziesz mogła nas odwiedzać kiedy tylko zapragniesz – rzekłam, prowadząc ją poprzez budzące się do życia rośliny. – Gdy będziesz głodna, krzewy dadzą Ci owoce, jeśli spragniona, strumień zmieni dla Ciebie swój bieg, a zioła naszego Gaju będą do twojej dyspozycji w każdej potrzebie.
-To hojny dar. - Ukłoniła się z gracją. – Będę zaszczycona, mogąc korzystać z dobrodziejstw Świętego Gaju.
- Pilnuje go Prastary Dąb, to on daje nam schronienie, jednak największym jego darem jest Fontanna Życia. – Wskazałam kamienne naczynie w samym środku polany. - Tutaj każda istota otrzymuje swoją szansę, by zaistnieć, każde małe ziarenko to dusza, której przeznaczony jest szczęśliwy i dostatni byt, lub ciągła walka o przetrwanie – tłumaczyłam, tworząc kolejne życie na oczach naszego gościa. 
- Tylko ty tworzysz życie? – zapytała mnie bogini. – Czy jest to coś, co inni też potrafią?
- Jedynie ja mam prawo powoływać nowe istnienia. Jako Żywia potrafię tchnąć w ich dusze iskry życia, a jako Dola daje cel i przeznaczenie. Proszę mi wybaczyć.  - Skłoniłam się przed nią z szacunkiem. – Mój kapłan przyniesie dla Ciebie zioła, których potrzebujesz, a ja dostarczę miód naszych drogich pszczół. – Chociaż oddaliłam się tylko na chwilę, coś było nie tak. Czułam niepokojące wibracje Fontanny. Woda istnienia drżała tylko, gdy nowe ziarno otrzymywało duszę.
Upuściłam naczynie i ze strachem w sercu zaczęłam biec. Jednak im bliżej polany, im bliżej miejsca, w którym zostawiłam Morenę, tym silniejsze były wibracje. Niczym trzęsienie ziemi zrzucały one gniazda ptaków z drzew, owoce z krzewów, a wody wzburzały niczym sztorm. Spłoszona zwierzyna również nie ułatwiała mi powrotu. To mały zając, to majestatyczny jeleń przebiegał leśną drogą, szukając schronienia. Gdy jednak dotarłam na polanę, gdy tylko moje oczy ujrzały Fontannę Życia, wszystko zrozumiałam.
Mój gość! Istota, której zaufał Prastary Dąb, każde zwierze Gaju… oraz ja. Z zakrwawionym nożem w swojej dłoni, bogini pozwalała, by kropla po kropli,  krew jej z rannej dłoni wpadała do Wody Istnienia. Nie wiedziała ,jakie mogło to nieść ze sobą konsekwencje? Nie wiedziała, że zmienia cały nasz świat?
- Moreno! – zawołałam uniesiona gniewem i jednocześnie strachem, widząc jej dzieło.
Wysokie stworzenia o szpiczastych uszach były piękne, lecz w ich oczach nie było miłości. Nie było w nich gwiazd szlachetnego stworzenia, dobroci ni radości; długie gładkie włosy spływały na ich ramiona, a dłonie - piękne i delikatne, jednak zdecydowane - pewnie zaciskały się w gniewie i zawiści.
Chociaż w miejscu, w którym stała Dziewanna, pojawiła się wysoka brunetka o mocnych rysach, wiedziałam, że to nadal bogini, którą witałam rankiem u wrót Świętego Gaju.
– Oto krew z twojej krwi, dusza z twojej duszy. Złamałaś święte prawo ustanowione przez Prastary Dąb! – cedziłam w złości. - Dałaś istnienie nowej rasie tego świata. Powołałaś do życia istoty, które mogą zagrozić harmonii ziemi. Od dziś, aż po kres czasu ciążyć na tobie będzie moja klątwa! – Moje oczy zaszły czerwienią gniewu. – Bowiem każda istota, która posiądzie twoje ciało zginie w mękach! Dlatego też w tym Świętym Gaju, domu Prastarego Dębu, ja, bogini Żywia, biorę na świadków wszelkie stworzenie ziemi i pieczętuje swe słowa własną krwią. – Rozcięłam swoją dłoń o ostrą korę drzewa i pozwoliłam, by krople opadały na świętą ziemię.
*
Więcej nie widziałam Moreny w Świętym Gaju, może dlatego, że byłam dla niej zbyt surowa. Nie znaczy to jednak, że żałuję tego, co uczyniłam. Nadal twierdzę, że złamała prawo, a nawet, że to z jej winy wybuchła wojna. Tylko i wyłącznie z jej winy. Śmiem nawet stwierdzić, że powinna ponieść jeszcze większe konsekwencje swoich czynów.


MORENA
Obudziła mnie chłodna rosa, której krople zmoczyły rękaw mojej szaty. Westchnęłam cicho i wyswobodziłam się z objęcia Niemira. Spaliśmy zawsze ciało w ciało, aby zniwelować ubytki ciepła, bo noce bywały chłodne. Chłopak zamarudził coś i wrócił w objęcia Chorsa, boga snu i księżyca. Przeciągnęłam się i moja druga natura poczuła to, poczuła zbliżającego się jelenia. Zamrugałam lekko i w czasie tego jednego mrugnięcia, przeistoczyłam się w jasnowłosą boginię łowów, Dziewannę.
Gdyby kto mi się wtedy przyglądał, ujrzałby filigranowej budowy dziewkę o szaroniebieskich, sarnich oczach, odzianą w ledwie kolan sięgającą suknię, jakoby z nici pajęczej utkaną. Długie, sięgające bioder włosy luźno puszczone na plecy miałam. Sięgnęłam do wozu po łuk. Ramię jego było wypolerowaną idealnie ukształtowaną kością Zmory, która kiedyś nieopatrznie próbowała utoczyć mi krwi podczas snu.
Jeleń stanął na wprost mnie. Zaparłam się bosymi stopy w ziemię i napięłam cięciwę. Strzała z cichym dźwiękiem wbiła się w lewe oko zwierzęcia, który padł bezwładnie na ziemię. Huk upadku zbudził w końcu Niemira, który zerwawszy się, zaplątał się w koce, którymi był przykryty i upadł. Z powrotem przeobraziłam się w milszą mi postać, Marzannę. Czarny warkocz przerzuciłam na ramię. Niemir szybko podniósł się z ziemi i spojrzał na mnie tymi jasnymi oczyma.
- Nie kłopocz się, zaraz go oporządzę. – Wyjęłam z wozu sztylet o rękojeści inkrustowanej onyksami.
- Ja to zrobię – zaoferował się Niemir. - Jakoś nie godzi mi się, abyś musiała jeszcze babrać się we krwi i wnętrznościach tego jelenia.
- Nie jest to dla mnie problemem. – Wzruszyłam ramionami.
Niemir stanął ze mną twarzą w twarz. Delikatnym, aczkolwiek stanowczym ruchem wyjął z mojej dłoni sztylet. Dotknął mego lica chłodnymi palcami.
- Wiem, że mogłabyś to uczynić, ale ja też chcę się na coś przydać. – Uśmiechnął się, unosząc jeno jeden kącik ust i zabrał swą dłoń.
Jeszcze chwilę czułam ciepło jego opuszków na moim policzku. Westchnąwszy cicho, sięgnęłam po swój strój jeździecki i wsunęłam obcisłe spodnie, nie zdejmując szaty. Chwilę później wdziałam wysokie, jeździeckie buty z metalowymi sprzączkami. Następnie zdjęłam szatę i przyodziałam białą koszulę oraz krótki, czarny kubraczek. Odwróciłam się i kątem oka spostrzegłam, że Niemir chwilę wcześniej mi się przyglądał. Podeszłam do niego i zauważyłam, że zdążył już zdjąć z jelenia skórę i właśnie brał się za dzielenie mięsa. Przyjrzawszy się z bliska jeleniowi, spostrzegłam, iż jest większy, niż pierwotnie twierdziłam. Oznaczało to, że wszak nie pomrzemy z głodu, ale wiele z tego się zmarnuje.
- Chyba powinniśmy część podrzucić krasnoludom z pobliskiej osady – przedstawiłam Niemirowi swój zamiar.
- Dlaczego im, a nie ocalałym ludziom? - spytał cicho, bez cienia oskarżenia.
- Ponieważ ludzie od dawien we mnie nie wierzą – rzekłam z lekkim rozgoryczeniem.
Niemir nic już nie odparł. Kiedyś może należałam - chociażby ta część mnie, którą ludzie zwali Dziewanną, a elfy Dzewaną - do bóstw bardziej opiekuńczych i miłosiernych, lecz późniejsze czasy zmieniły moje podejście. Jedynie krasnoludy pozostały nam wierne, jedynie one nigdy nie próbowały zmieść nas z powierzchni ziemi. Nie miałam ochoty się z nim kłócić, czy ranić go. Po prostu taka już byłam.
- Przykro mi, jeśli nie podzielasz mojego osądu. – Skupiłam wzrok na ruchu ostrza w jego dłoni.
- Nie osądzam cię… Twoja historia motywuje cię do podejmowania własnych decyzji, jak i moja prowokuje mnie do posiadania własnych opinii. – Jego oczy wyrażały pełną akceptację dla tego, kim jestem.
- Jeśli masz takie pragnienie, sam możesz rozdać część, komu tylko zapragniesz. – Delikatnym gestem przeczesałam jego włosy.
Były niezwykle przyjemne w dotyku. Z nieznanego mi powodu uwielbiałam ich fakturę.
- Dziękuję – szepnął. - Dlaczego ludzie uważają cię za mściwą boginię?
- Bo taka jestem – odrzekam, zabierając dłoń. - Gdyby ktoś cię tknął, zobaczyłby, co to moja zemsta. – Odwróciłam się, bo moje oczy zapłonęły szkarłatnym blaskiem.
Niemir nic nie odrzekł, w milczeniu dokończył oporządzać jelenia i udał się ku rzece, by obmyć dłonie z krwi. Kiedy wrócił, zauważyłam drobne rozcięcie na wewnętrznej stronie jego dłoni. Starał się kryć je przede mną. Ujęłam jego dłoń i przybrałam na powrót postać bogini łowów, wiosny… opiekunkę magii leczniczej. Z czułością złożyłam pocałunek na ranie, a ta zasklepiła się w mgnieniu oka. Odsunęłam się od niego. Przypomniałam sobie dzień, w którym go poznałam. Było to w drugim roku wojny między rasą elfów i ludźmi. Wraz moimi współbraćmi i współsiostrami zdążyliśmy nadać jej przydomek jałowej. To było w sierpniu.
*
Okropny ukrop, kolejna rzeź, kolejny zew.
Część mojej duszy, należąca do Marzanny, parła do miejsca mordu. Zwłoki cuchnęły niemiłosiernie, a kałuże krwi głębokie były nawet do wysokości kostki. Nawet mnie samą zaskoczyła ilość dusz, które potrzebowały mojej pomocy w przejściu na tamten świat, w odnalezieniu drogi do Nawii.
Odsyłałam każdą pojedynczo, a pot spływał mi po karku. W końcu dotarłam do niego. Miał ledwie piętnaście lat. Oddychał ciężko i z trudem, ale się nie poruszał. Jedynie jego oczy wodziły za mną, odkąd pojawiłam się na miejscu tego moru. Nawet będąc czarnowłosą boginią, która potrafiła jeno odbierać życie i ułatwiać odejście zbłąkanym duszom, wiedziałam, że nie zostało mu wiele czasu. Było kwestią godziny nim spotka Welesa, pana Nawii, boga śmierci. Uklękłam, już jako Dziewanna i krew, w której leżał chłopak, od razu wsiąknęłam w moją białą, pajęczą suknię. Ujęłam go za dłoń i przymknęłam oczy. Od razu pojęłam, dlaczego się nie porusza, dlaczego nie krzyczy, nie obnosi się ze swoim bólem. Jego rdzeń kręgowy był pieczołowicie uszkodzony - skrupulatna robota elfów. Nie czuł bólu, mimo pogruchotanych narządów, mimo głębokich ran, a co gorsza, nie miał na tyle władzy nad swoim ciałem, aby chociaż się ruszyć, chociaż drgnąć. Jego oczy miały tak jasnozielony kolor, jakiego nigdy nie widziałam, a stąpałam po ziemi od stworzenia świata i niejedno zobaczyłam.
Nie leżała w mojej naturze ni litość, ni miłosierdzie, ale gdzieś na dnie mej duszy pojawiło się takie dziwne uczucie. Ścisnęłam jego dłoń i wlałam w jego pokiereszowane ciało drobinki swej mocy. Ostrożnie, niespiesznie, nie chciałam bardziej go skrzywdzić. Nie czuł bólu, który zwykle towarzyszy zrastaniu tkanek, łączeniu pokiereszowanych fragmentów organów. Patrzył jeno na moją twarz, kiedy kojącym gestem głaskałam jego włosy.
Drżał. Może ze strachu, w końcu ludzie dawno porzucili w nas wiarę, może był to odruch charakterystyczny dla umierających, nie wiem, nigdy mi nie powiedział. Nim uleczyłam jego wnętrzności, suknia w przeważającej większości przybrała kolor szkarłatu. To, co następnie go czekało, było nieporównywalnie gorsze. Ból towarzyszący łataniu rdzenia kręgowego był niewyobrażalny. Starałam się zrobić to jak najdelikatniej, jednakowoż nawet to było ponad jego siły. Po zaledwie kilku sekundach oczy uciekły mu w głąb czaszki i zabłysły białkami. Po kolejnym mrugnięciu jego ciało wyprężyło się i wygięło w łuk, a później zwiotczało. Odczekałam dwa uderzenia serca, a kiedy jego klatka piersiowa poruszyła się w rytm oddechu, poczułam, jak moje serce uwalnia się od dziwnego ucisku.
Nie potrafiłam zrozumieć tego uczucia, ale wiedziałam, że nie mogę tak po prostu go zostawić. Nadal pod postacią Dziewanny rozejrzałam się i upewniłam, iż nikt więcej nie przeżył. Zamknęłam oczy i wniknęłam w głąb siebie, aby wezwać karą klacz o srebrzystej grzywie. Kiedy otworzyłam oczy byłam na powrót czarnowłosą boginią, której niegdyś lękali się ludzie, nim o mnie zapomnieli. Klacz przystanęła na skraju pola walki. Zarżała cicho, kiedy nachyliłam się nad nieprzytomnym chłopakiem. Podniosłam go z kałuży jego własnej krwi i stąpając delikatnie pomiędzy bardziej i mniej kompletnymi ciałami, ruszyłam ku linii drzew. Był niezwykle lekki, a spod strzępów jego koszuli wyzierały wystające żebra. Podeszłam do klaczy, która jak na zawołanie klęknęła, abym mogła umościć się z nieprzytomnym chłopakiem na jej grzbiecie. Objęłam go w pasie, a drugą rękę wplotłam w grzywę konia, który następnie podniósł się i ruszył przed siebie. Zatrzymałam klacz na łące jakieś kilkanaście minut później. Ułożyłam ostrożnie chłopaka na miękkim kocu z króliczego futerka i głaskałam go po brązowych włosach.
*
Mrugnęłam i odsunęłam od siebie to wspomnienie. Niemir patrzył na mnie z niepewną miną.
- To co z mięsem? - spytał cicho, wpatrując się w swoją dłoń, zamkniętą w mojej.
- Połowę z tego, co pragniemy uchronić przed zmarnowaniem, oddamy krasnoludom, a resztę podarujesz ludziom. – Zabrałam dłoń i uśmiechnęłam się ciepło.
- Dziękuję. – Nie miałam pojęcia, czy chodzi mu o zaleczoną dłoń, czy o fakt, iż poszłam na ugodę.
Odkąd pojawiłam się na tym świecie, ten ogrom wieków temu, Niemir był jedyną istotą, której ulegałam. Chociaż był też drugi człowiek, któremu woli bliska byłam się poddać, wtedy nie zrobiłam tego jednak, dla jego bezpieczeństwa. Westchnęłam cicho i ruszyłam za Niemirem, który już przygotował dwa tobołki świeżego mięsa.
- Wpierw krasnoludy – rzekłam, a chłopak jeno przytaknął skinieniem.
Wioska nie była daleko, tedy nie zabraliśmy ni koni, ni wozu. W postaci Dziewanny stanęłam na skraju wioski i ostrożnie wkroczyłam do środka. Od razu podszedł do mnie przywódca wioski.
- Bogini zaszczyciła nas swoją obecnością – powiedział z pokorą.
- Witajcie, przynoszę dla was to, czego sama spożyć nie zdołam – rzekłam, wręczając mu tobołek.
Krasnolud ostrożnie przyjął mój podarek.
- Czujemy się zaszczyceni, pani. Dziękujemy. – Skłonił się lekko. - Czy moglibyśmy prosić, by twe drugie wcielenie zerknęło na jednego z naszych? Nieszczęśnik zmarł w dniu wczorajszym i lękamy się, czy jego dusza bezpiecznie trafiła do Nawii.
Krasnoludy to również jedyna rasa, która od początku rozumiała, że jestem jedną boginią, ale o dwóch twarzach, podczas gdy pozostałe traktowały mnie jako dwie odmienne istoty.
- Oczywiście. – Przeobraziłam się w Marzannę i ruszyłam za przywódcą.
Zostałam zaprowadzona ku drewnianej chacie, w której wnętrzu spoczywał wspomniany nieboszczyk. Oparłam dłoń na jego ramieniu i skupiłam się, chociaż i bez tego było znać, iż jego duszy już tam nie było.
- Nie zbłądził w drodze do Nawii – rzekłam.
Kilka chwil później szłam już z Niemirem w kierunku naprędce skleconej wioski. Zgrai ludzi, którzy pozostali przy życiu, którzy uciekli przed rzezią. Zamaskowałam się, przybierając filigranową postać Dziewanny. Na białą sukienkę narzuciłam kożuszek z sarniej skóry, ale stopy pozostawiłam bose.
- Zaczekam na ciebie w cieniu drzew, tak, jak ty zaczekałeś na mnie. – Ścisnęłam lekko jego dłoń.
- Dobrze – odparł cicho.
Chyba usłyszałam wtedy w jego głosie cień rozczarowania. Ale wtedy nie zwracałam uwagi na takie szczegóły.

EITHNE
Wróciłam z Lorelei ze zwiadu, który trwał prawie dwa dni. Zgodnie z oczekiwaniami w połowie drogi minęłyśmy się z drugim patrolem. Nic nie zwiastowało problemów. Chwilowo nasze terytorium było wolne od ludzkiego ścierwa. W ciągu ostatnich trzech miesięcy musieliśmy interweniować jeszcze tylko raz. Niecałe sto ludzkich ciał, nic wielkiego.
- Eithne? - zagaiła Lorelei, gdy poszłyśmy w kierunku Łzy, by się obmyć.
Łza była rzeką wypływającą ze Źródła, znajdującego się w centrum królestwa. Nad nim zbudowany był pałac, siedziba króla. Źródło biło nieprzerwanie, od początku czasu. Mędrcy twierdzili, że z jego wód siłę czerpał Prastary, dąb będący osią naszego świata. Dzięki temu, Źródło było doskonałym środkiem komunikacji pomiędzy naszym królestwem a resztą świata. Zarówno tego materialnego, bliskiego znienawidzonym przez nas ludziom, jak i tego mistycznego, należącego do bogów.
My, będąc zawieszonymi pomiędzy tymi dwoma warstwami rzeczywistości, mieliśmy moc wpływać zarówno na jednych, jak i na drugich.
Skąpiono nam jednak poważania, które należało nam się z tytułu naszego pochodzenia. Ludzi stworzyli bogowie jako swoje zabawki, popsute należało wyrzucać. My trwaliśmy na równi z bogami, obdarzeni przez nich mocą panowania nad żywiołami.
I komu przypadło należne mu miejsce? Jak ta rasa łysych małp miała czelność rościć sobie prawa do naszych ziem i naszego dziedzictwa?
- Eithne! - zawołała mnie raz jeszcze Lorelei, wyrywając z zamyślenia. Jej zielonkawa skóra sprawiała, że idealnie nadawała się na łowcę. Niemal znikała wśród listowia. Jej zdolność do panowania nad ziemią była niewielka, w porównaniu do tego, co ja potrafiłam stworzyć z pomocą powietrza, jednak była bardzo pojętna. I, co ważniejsze, posłuszna.
- Co się stało? - zapytałam, przenosząc na nią wzrok. Niemal jednak do razu skierowałam go na rzekę.
Była inna, niż zazwyczaj. Na pierwszy rzut oka niełatwo było dostrzec, na czym polega różnica. Woda, zazwyczaj krystalicznie czysta, opalizowała na tysiąc różnych sposobów. Choć wciąż przejrzysta, nie pozwalała dostrzec białego piasku na jej dnie. Bliżej nieokreślone obrazy i wzory nadawały jej głębi, jakby go w ogóle nie było.
Nachyliłam się ostrożnie, odsuwając jednocześnie Lorelei. Tak, jak się spodziewałam, ujrzałam własne odbicie. Ale, czego również się spodziewałam, nie było takie, jak powinno.
Zamiast ujrzeć ostre rysy twarzy, okolonej długimi, białymi włosami i bladoniebieskie oczy, dostrzegłam osobę o tyle do mnie podobną, o ile w ogóle mnie nie przypominającą. Niby wszystko się zgadzało - kolor oczu i włosów, rozmieszczenie świetlistych piegów na mojej ciemnej skórze, wąski uśmiech i kształt oczu... A jednak, to nie byłam ja. Była we mnie łagodność, była we mnie radość i miłość i...
I człowieczeństwo?
Odsunęłam się gwałtownie od tafli, mrugając intensywnie. Obicie zniknęło, widziałam teraz jedynie cień mojej sylwetki, ale i on był jakby nie mój. Postąpiłam jeszcze kilka kroków do tyłu.
- Idź do siebie. Później się obmyjesz - poleciłam cicho Lorelei, nie odwracając się do niej.
- Ale...
- Idź! To rozkaz - powtórzyłam gniewnie, co poskutkowało, bo odpowiedziały mi jedynie jej pośpieszne kroki na mchu.
Dookoła mnie zerwał się wiatr, delikatny zefir. Pochwyciłam jeden z jego podmuchów.
- Komandorze, spotkajmy się nad Łzą. To pilne - powiedziałam i wypuściłam go z rąk. Pomknął wprost do niego, gdziekolwiek się teraz znajdował.
Minęło kilkanaście minut, nim do mnie dołączył. Bez słowa wskazałam mu rzekę, którą obejrzał w skupieniu. Podszedł potem do mnie i mocno chwycił za ramię.
- Ktoś jeszcze o tym wie?
- Lorelei. Ona to zauważyła, ale odesłałam ją natychmiast do domu - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Chyba nie wie, co się stało.
- A ty wiesz? - Komandor świdrował mnie wzrokiem niemal na wylot. - Wiesz, co to oznacza?
- Magię. Bogów - odpowiedziałam cicho.
- Łza jest zwykła rzeką, dopóki nie niesie ze sobą echa tego, co dzieje się w Świętym Gaju - potwierdził moje domysły komandor. - Może to oznaczać przebudzenie jakiegoś bóstwa, narodziny nowego, pojawienie się innej magicznej istoty w świecie śmiertelników. Może oznaczać dowolne wydarzenie związane z bogami bądź magią. Nigdy nie wróży nic dobrego...
- Jak długo to potrwa? - zapytałam, wskazując brodą wodę.
- Mniej więcej do zmierzchu, zatem jeszcze kilka godzin. Teraz powiedz mi, co zobaczyłaś w wodzie - zwrócił się nagle do mnie surowo, mocno łapiąc mnie za ramię. - I nie waż się czegokolwiek przede mną zataić, Eithne - dodał złowróżbnie.
- Nic, komandorze - zapewniłam, a przed oczami stanęła mi wizja mojego ludzkiego ja. Prędko odepchnęłam ją od siebie. - Nic prócz własnego odbicia, naprawdę.
- Jesteś pewna? - Jego palce mocniej wbiły się w moje ramię. Na tyle mocno, że zabolało.
- Odsunęłam się natychmiast, to nie było... całkiem naturalne oblicze - odpowiedziałam, wygładzając nieco fakty. Nikt nie powinien wiedzieć, co zobaczyłam. Dostrzec w sobie człowieczeństwo, gdy na Łzie wzbiera tęczowa fala? To nie było coś, do czego chętnie bym się przyznała.
- Coś jeszcze? - dopytywał się surowo komandor, a ja zaczęłam myśleć, że wiedział, co widziałam. Ogarnęła mnie lekka panika, a jednocześnie przed oczami stanął mi jeszcze jeden obraz, który górował nad innymi. Który dostrzegłam, nim jeszcze pochyliłam się nad wodami Łzy.
- Twarz - powiedziałam nagle z ulgą. - Człowieka. Mężczyzny. Dosyć młodego. Nic więcej, komandorze.
- Znasz go? - Jego place miażdżyły mi ramię, a oczy czujnie wpatrywały się w moje. W innych okolicznościach wiele bym dała za taką bliskość.
- Gdybym go znała, byłby już trupem - odpowiedziałam z godnością i oswobodziłam się z uścisku. Komandor w tym momencie zorientował się, jak mocno mnie trzymał i odsunął się o dwa kroki, przepraszając za sprawiony ból.
- Nic się nie stało - zapewniłam go. - Co to oznacza, komandorze? - zapytałam, wskazując raz jeszcze rzekę.
- To oznacza, że Dola ponownie się przebudziła - odpowiedział ponurym głosem. - A ty wyruszysz jeszcze dziś na łowy.
- Mam wezwać Lorelei? - zapytałam. - A może Feanela? Powinien już wrócić z patrolu...
- Nie. - Komandor pokręcił głową. - Na tę wyprawę wyruszysz ze mną. Bądź gotowa o zmierzchu, Eithne - polecił mi na odchodnym i odszedł bez pożegnania.
Odprowadziłam go wzrokiem i raz jeszcze rzuciłam okiem na powierzchnię rzeki. Nadal mieniła się kolorami, ale moje odbicie nie miało w sobie już nic ludzkiego. Na twarzy malowała mi się jedynie determinacja i żądza mordu.
Oto był czas wyruszyć na łowy.

MORENA
Siedziałam na pieńku w pierwszej linii drzew i obserwowałam z dala wioskę. Byłam rozkojarzona… i to był błąd. Czekałam tylko na powrót Niemira, kiedy ktoś zaszedł mnie od tyłu. Szarpnął za moje nadgarstki i unieruchomił mnie jedną ręką. Facet był wielki, obleśny i capił niemiłosiernie. Szarpnęłam się, ale pod tą postacią miałam mniej siły i mniejsze bogactwo śmiercionośnych umiejętności. Chciałam przybrać drugie oblicze, ale nie potrafiłam się na tym skupić.
- Nie wierć się, głupia gąsko. – Jego oddech cuchnął nie lepiej, niż on sam.
Szarpnął za dół mojej sukni i delikatny materiał odpruł się odrobinę. Kolejny raz wierzgnęłam, ale nie zrobiło to na nim wrażenia. Jeśli zaspokoi swoje żądze niechybnie zemrze z powodu Trupiej Ospy, klątwy, którą obdarzyła mnie Żywia. Była ona swego rodzaju zemstą za obdarzenie elfów istnieniem. Dokonałam tegoż przez przypadek, jednak bogini życia nie była skłonna potraktować mnie przez to lżej. Ale to nie powód, abym pozwoliła dać się wykorzystać. Przymknęłam oczy i w myślach wezwałam swoją karą klacz. Miała nadzieję, iż zwierze niechybnie stratuje mego oprawcę, jednak nie miałam pewności, iż nastąpi to w najbliższym czasie. Zbir majstrował właśnie przy swoich spodniach, gdy oberwał płazem miecza w skroń. Zatoczył się i upadł obok mnie. Gwałtownie uniosłam się i przeistoczyłam w Marzannę, co pozwoliło mi osłonić swoje ciało. Nad zbirem stał Niemir z mieczem wymierzonym z klatkę piersiową mojego oprawcy.
- Wynoś się, nim odetnę ci to i owo – wycedził przez zęby Niemir.
Zbir szybko się podniósł i uciekł, aż się za nim kurzyło. Byłam lekko roztrzęsiona. Nie przypuszczałam, iż tak łatwo można zdobyć władzę nad Dziewanną, że tak łatwo można ją skrzywdzić, czy wykorzystać.
- Dobrał się do ciebie? - Niemir schował miecz do pochwy i ukucnął obok mnie.
- Nie zdążył. Jestem ci wdzięczna. – Starałam się ukryć swoje roztrzęsienie.
- Chodź tutaj – szepnął i wziął mnie na ręce.
Chyba nigdy wcześniej nie czułam się tak bezbronna, jak tamtego dnia. Niemir słusznie odgadł, iż nie będę w stanie sama ruszyć.
- Nie chcę, byś robił coś wbrew sobie – rzekłam z cicha. - Ja… wszystko ze mną w porządku.
- Jesteś boginią wielu aspektów, ale nie kłamstwa. Tego nie potrafisz. – Spojrzał mi głęboko w oczy i ruszył przed siebie.
Oparłam głowę o jego ramię i pozwoliłam mu zanieść się do naszego małego obozu. Powoli doszłam do siebie. Niemir rozpalił ognisko i przygotował strawę. Spożywaliśmy ją w milczeniu, chociaż jego czujny wzrok, co rusz uciekał ku memu obliczu.
- Chyba pójdę zmyć z siebie jego dotyk – rzekłam cicho, by nie zauważył drżenia w moim głosie. - Dziękuję, że się zjawiłeś. – Ruszyłam w kierunku rzeki.
- Przepraszam, że tak późno. – Chłopak wrzucił kolejną gałązkę do ognia.
Westchnęłam cicho.
- To ja odmówiłam pójścia z tobą do wioski. Nie wiń siebie, że nie mogłeś mnie chronić, skoro nie dałam ci ku temu sposobności – rzekłam, opierając się o pień drzewa.
- Nigdy nie pozostawiasz mi pola do samooskarżenia. – Niemir podniósł na mnie wzrok.
- Zupełnie jak ty – odparłam i odeszłam ku zimnemu brodowi.
Wartki nurt rzeki obmył zarówno moje ciało, jak i strapioną duszę. Nie wracałam wystarczająco długo, by Niemir począł się martwić. Przybył na brzegi i zawołał moje imię.
- Coś się stało? - spytałam.
Odwrócił zawstydzony wzrok, wszak byłam naga.
- Długo zamarudziłaś, zaniepokoiłem się – odparł, nadal na mnie nie patrząc.
Przemknęłam ku mym szatom rozwieszonym na pobliskiej gałęzi i wdziałam je na siebie.
- Przepraszam. Nie spostrzegłam upływu czasu. Zostawiam już rzekę dla ciebie. – Wróciłam ku obozowi.
Niemir jak zwykle wrócił po kilku minutach. Z lekko wilgotną skórą i mokrymi włosami, które przybierały wówczas niezwykle ciemny kolor. Tego dnia ja również rozplotłam warkocz i zmyłam z włosów brud i pot.
- Pozwól. – Niemir trzymał w dłoni szczotkę z włosia jednorożca o inkrustowanej rubinami rączce.
Usiadłam przed nim na piętach, a chłopak ujął moje długie, czarne włosy i niezwykle delikatnym ruchem począł je czesać. To było niezwykle kojące. Nawet bardziej, niż gdy robiłam to sama.
- Dziękuję – rzekłam, gdy skończył.
Uśmiechnął się tylko i poklepał przygotowane dla nas posłanie. Położyliśmy się jak zwykle, ciało obok ciała i zasnęliśmy kamiennym snem.
Zew obudził mnie koło świtu. Intensywny, pachnący krwią i rozpaczą. Zerwawszy się gwałtownie z posłania, ruszyłam biegiem w kierunku wioski, którą Niemir obdarował jedzeniem. Chłopak biegł tuż za mną. Nie pytał, był mym towarzyszem wystarczająco długo, by pojąć, cóż się dzieje. Wbiegłszy do wioski, która okazała się mniejsza niźli się spodziewałam, przystanęłam zrezygnowana. Pasmo trupów i wyczuwalna jedna jeno iskra życia. Żadnych dusz do odesłania. Wartkim krokiem podążyłam ku delikatnemu tchnieniu życia, wyczuwalnemu pośród smrodu trupów. W końcu znalazłszy ocalałego z rzezi, poczułam rozczarowanie. Okazał się nim zbir, który dobierał się do mnie wczorajszego dnia.
Dla niego nie było litości. Zupełnie inaczej niż tamtym razem.
*
Kiedy chłopak w końcu otworzył oczy, niebo usiane było miliardem gwiazd. Spojrzał ku memu obliczu i zadrżał. Wiedziała, iż rysy twarzy Marzanny przywodzą na myśl jeno cierpienie i śmierć. Takie same odczucia wszystkie istoty miały na widok czarnych, jak onyks oczu, które w chwili złości pałały szkarłatnym blaskiem.
- Wiem, że jesteś zlękniony – rzekłam, kładąc ostrożnie dłoń na jego nadgarstku.
Delikatność i łagodność nie leżała w mej naturze, jednak ten człowiek wzbudzał we mnie dziwne uczucia.
- Przykro mi z powodu bólu, którego byłam udziałem. Jednak był on konieczny, bym mogła wrócić ci zdrowie. – Przesunęłam kciukiem po jego dłoni zaciśniętej w pięść.
Chłopak poruszył palcami, a na jego twarzy odmalował się szok.
- Ja… ja byłem jak uwięziony we własnym ciele – szepnął ze zgrozą w głosie. - Czułem, że umieram, ale… nie mogłem nic... – Jego głos urwał się w szlochu.
Pozwoliłam mu płakać, głaszcząc jeno jego krótkie brązowe włosy. W którymś momencie chłopak gwałtownie usiadł i wtulił się we mnie. Łkanie wprawiało jego ciało w lekkie wibracje. Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko człowieka. Nie leżało to w mej naturze. Tylko raz, w czasie początków istnienia pozwoliłam istocie ludzkiej się dotknąć. Było to w Gaju, a człowiek ten dźgnął mnie jeno w dłoń, z której krople krwi wpadłszy do Fontanny, obdarzyły elfy istnieniem.
- Jeśli ze mną zostaniesz, już nikt cię nie skrzywdzi. – Obdarzyłam go pocałunkiem w czoło.
- Kim jesteś? - W jego głosie czułam strach.
- Moreną. Znaną kiedyś ludziom jako Marzanna i Dziewanna… Dwa byty, będące w istocie jednym – rzekłam.
- Bogini moru i łowów – wyjąkał. - Dlaczego pragniesz mnie oszczędzić… chronić?
Zastanowiłam się. Nie potrafiłam zrozumieć swego postępowania. Być może zmierzło mi życie w samotności.
- Któż nie pragnąłby chronić siły, która oparła się nawet śmierci? - rzekłam cicho.
*
Dwoje tak różnych ludzi. Jeden zasługiwał na mą litość i z tegoż powodu wciąż stąpał po ziemi oraz drugi, któremu pisane zapewne było życie, jednakowoż podjął złą decyzję. Pragnął skrzywdzić nie tę istotę, którą mu się wydawało. Wyjęłam sztylet z buta i wbiłam go głęboko po rękojeść w serce zbira. Teraz nie skrzywdzi już nikogo. Brutalnym ruchem wyjęłam ostrze. Było czyste, ni kropla krwi, ni fragment tkanki nie plamił sztyletu. Niemir patrzył na mnie z niepokojem na jego spokojnej, zazwyczaj, twarzy.
- Jestem boginią zemsty, zupełnie się z tym nie kryłam. Możesz to zaakceptować lub odejść – rzekłam lodowatym głosem.
Chłopak wpatrywał się w me oczy, których szkarłatny blask bywał ostatnimi czasy rzadkością.
- Lękasz się mnie – stwierdziłam, wsunąwszy sztylet w cholewę buta.
- A nie przyszło ci na myśl, iż mogę się lękać o ciebie? – Uniósł jedną brew i powoli się do mnie zbliżył. - Zasłużył na twoją zemstę. – Objął mnie, jakbym była zbyt krucha, jakby bał się, iż rozpadnę się na drobne kawałeczki.
Jego ciepłe dłonie przesuwały się po mych nagich łopatkach. Oparłam czoło o jego mostek i pozwalałam się tulić. Jednak jego wzrok, kiedy ujrzał, jak kończę żywot tego zbira, nadal mnie prześladował. Coś jak nienawiść...

EITHNE
Dola była boginią losu i przeznaczenia. To ona splatała losy świata, to ona trwała w koronie Prastarego, trzymając pieczę nad wszystkimi wydarzeniami - przeszłymi, przyszłymi oraz nad teraźniejszością. Jedyną rasą, która wiedziała, że Żywia - bogini życia - jest tak naprawdę jej drugim obliczem, były krasnoludy oraz nieliczni elfi mędrcy. W Świętym Gaju biła Fontanna Życia, z której czerpała, by tworzyć nowe stworzenia.
I to ona była celem naszego dzisiejszego polowania.
Komandor szedł obok mnie miarowym krokiem. Las niczym nie różnił się od tego znanego mi od dziecięcych lat. Jakże mieliśmy znaleźć tu wejście do mistycznego Gaju?
Ufałam mu jednak, wierząc, że dobrze wie, co robi. Obserwowałam go kątem oka, rejestrując wszystkie te detale jego aparycji, które tak bardzo mnie pociągały. Wszystko w nim wydawało mi się niegdyś takie... takie...
Takie idealne.
Był moim wzorem do naśladowania, moim nauczycielem, moim mentorem.
Oraz moją pierwszą miłością. I, do tej pory, jedyną.
- Pamiętasz, Eithne, naszą ostatnią samotną wyprawę? - Chyba dostrzegł moje spojrzenie. Uciekłam przed nim wzrokiem.
Pamiętałam. Aż za dobrze.
- To już przeszłość, Eithne - zwrócił się do mnie łagodnie, dostrzegając moją niewyraźną minę. - Jesteś już ponad to. Nigdy nie popełnisz tego samego błędu, prawda? - Spojrzał mi uważnie w oczy. Jego były w tym momencie czarne, jak węgiel, czujne. Sama jednak dobrze wiedziałam, że potrafią przybrać barwę złota, czerwieni, bieli i błękitu, a nawet zieleni.
Niczym płomienie.
On był płomieniem. Ogniem.
- Nigdy, komandorze - zapewniłam go gorąco.
- To dobrze - odpowiedział zdawkowo. - Chodźmy, już niedaleko.
- Święty Gaj jest tak blisko naszych granic? - wyraziłam zaskoczenie. Byłam przekonana, że to on jest celem naszej wyprawy.
- Nie. To nie jest miejsce, do którego da się ot tak wejść. - Obrzucił mnie spojrzeniem, w którym dostrzegłam zawód, że zadaję takie głupie pytania.
Mała, niemądra Eithne. Nigdy nie będziesz dość dobra. Nie dla niego.
- Dokąd więc zmierzamy? - Podbiegłam, by zrównać z nim krok, gdyż zdążył mnie wyprzedzić o kilka metrów.
- Odwiedzić Dolę - odpowiedział po prostu, jeszcze bardziej przyśpieszając kroku.
Nie rozumiałam, co miał na myśli, póki nie ukazał się nam zrujnowany kamienny krąg. Kikuty kolumn sięgały mi ledwie do ramion, oplecione suchym bluszczem, który zielenił się jeszcze gdzieniegdzie. Na środku kręgu znajdowała się kamienna studnia, w której była widoczna duża wyrwa, obniżająca mur poniżej kolan, podczas gdy wszędzie indziej kamień sięgał mi do pasa. Brakowało korby i czerpaka.
- Myślałam, że wszystkie zostały zniszczone - szepnęłam, podchodząc bliżej.
- Czasem warto zostawić relikt przeszłości. - Komandor gestem wskazał mi, żeby zajrzała do studni.
Poziom wody był niski, ale przyświecał nam niemal pełen księżyc, dostrzegłam więc, że tafla kilka metrów niżej błyszczy opalizująco. Fala przeznaczenia nie przeminęła tutaj jeszcze. Nie do końca.
- Co tutaj robimy? - zapytałam cicho. - Myślałam, że szukamy Doli.
- Dola nie opuszcza Gaju, a tam nie mamy ani wstępu, ani mocy - wyjaśnił mi komandor. - Póki nie wchodzimy sobie nawzajem w drogę, niech siedzi wśród liści Prastarego i śni swoje przepowiednie, niech splata losy, niech związuje wszystkie istoty nicią przeznaczenia. Ale dzisiaj, wypuściła coś poza Gaj. A my nie możemy dopuścić, by dotarło to do uszu ludzi. Ani krasnoludów. Ani elfów.
- Nikt? - zapytałam cicho.
- Nikt - potwierdził stanowczo. - Wiem o tym ja, ty i król. Nikt więcej.
- Dobrze. Co mam zrobić? - Zerknęłam na niego z ukosa. Jasne było, że moja obecność była mu niezbędnie potrzebna. Nie zabrał mnie tutaj bez powodu. Nie potrzebował mnie do walki, nie potrzebował do tropienia. Miał inny cel.
- Nic wielkiego - powiedział cicho, nachylając się do mojego ucha. Ciepły oddech owionął mi szyję. - Zajrzyj do studni i powiedz mi, co widzisz, Eithne. - Nim się odsunął, zdążyłam zaciągnąć się jego lekko dymnym zapachem.
Posłusznie pochyliłam się nad krawędzią. Skupiłam się mocno, jednak prócz odbicia księżyca i swojej twarzy nie dostrzegłam nic niezwykłego. Woda opalizowała coraz lżej. Fala przemijała.
- Użyj wszystkich zmysłów, nie tylko oczy służą do patrzenia - upomniał mnie komandor.
Przymknęłam powieki i wsłuchałam się w szum wiatru. Wzmógł się, gdy zacisnęłam palce na brzegu studni. Czułam, jak zaprawa kruszy się pod moimi dłońmi. Wiatr szumiał i szumiał, a jego dźwięk zaczął brzmieć jak zawodzenie. Jak ponura pieśń. Jak...
Jak słowa.
Jak przepowiednia.
- Koniec wojen nastąpi jeno wżdy Wybraniec władzę posiądzie - rzekłam, otwierając gwałtownie oczy. Woda w studni była przejrzysta, a wicher ucichł. -  Co to oznacza...? - Przeniosłam na niego zdezorientowane spojrzenie.
- To oznacza, że jesteście zgubieni. - Głos, który mi odpowiedział, nie należał do komandora.
Obróciliśmy się oboje jednocześnie, jakbyśmy byli jednym bytem. U wejścia do kręgu stała starucha o białych włosach sięgających niemal ziemi. Wspierała się na sękatej lasce i wpatrywała się w nas bez grama obawy.
- Zginiesz, starucho - poinformował ją zimno komandor, sięgając po miecz. Ja dobyłam mych niezawodnych sztyletów. - I to jeszcze w tej minucie.
- Nic wam to nie da, elfie dzieci. - Kobieta pokręciła głową. - Wieść już się rozniosła. Spóźniliście się.
Krótkie spojrzenie komandora było dla mnie jasnym rozkazem. Wicher, który wezbrał nagle rzucił staruchą o kamienny postument studni. Nim się podniosła, stałam już nad nią niczym bogini zemsty.
- Twoja krew spłynie ku morzu, a echo poniesie twój krzyk aż po koronę Prastarego - wyszeptałam jej wprost do ucha, a oczy zalśniły mi bielą.
- Dusza zaś spłynie do Nawii, gdzie czekać mnie będzie nagroda - odparła jeszcze, nim jednym płynnym ruchem poderżnęłam jej gardło. Jej ciało z pluskiem wpadło do studni, która w tym samym momencie zapadła się i pogrzebała ją pod stosem kamieni.
Komandor w ostatnich chwili pociągnął mnie do tyłu, by nie przysypały i mnie.
- Skalałaś święte miejsce ludzką krwią, Eithne - powiedział, pomagając mi się podnieść.
- Od dawna było równie martwe, co i tak kobieta teraz - odparłam. - Nie sądziłam, że są jeszcze ludzie, którzy czczą bogów - dodałam, wycierając sztylet o trawę. Krew kapłanki nie bryzgnęła na mnie, zatem jedynym znakiem minionych wydarzeń było rumowisko na miejscu studni.
Studni podobnej innym, które niegdyś stały na tych ziemiach. Studni, które zwano Studniami Losu.
- To wyjątki. Zazwyczaj nieszkodliwe. Zazwyczaj - powtórzył ze zmarszczonymi brwiami.
- Te słowa... naprawdę rozeszły się dalej? - zapytałam cicho.
- Możemy mieć tylko nadzieję, że ludzie są zbyt głupi, by pojąć ich sens - odpowiedział, nie patrząc na mnie. - Nadzieja to dziwna moc, która ze słabeuszy czyni siłaczy.
- Kim jest ów Wybraniec, o którym była mowa? - pytam dalej. - Jak ma niby zakończyć wojnę?
- Nie wiem, kim jest, ale ty wiesz, jak wygląda, Eithne. - Komandor w końcu na mnie spojrzał. - I to na twoich barkach spocznie obowiązek wytropienia go i zgładzenia. Najlepiej jak najszybciej. Liczę na ciebie, Eithne - dodał po raz kolejny, dotykając palcem mojego policzka.
Z trudem opanowałam drżenie, które nieomal wstrząsnęło moim ciałem.
- Musimy wracać. Mam dla ciebie jeszcze jedno zadanie, nim nastanie świt. - Komandor pośpieszył z powrotem ku przynależnym nam terenom.
Ruszyłam za nim, lecz całą drogę przebyliśmy w milczeniu. Dopiero kiedy stanęliśmy u brzegu Łzy - teraz spokojnej i przejrzystej - spojrzał na mnie ponownie. Jego oczy wciąż były czarne, niczym noc, która właśnie odchodziła, jednak ja potrafiłam dostrzec czerwone iskry, które migały gdzieś na granicy jego tęczówek.
Znałam go tak dobrze, że wiedziałam, że oznacza to skrajną determinację.
- Co mam zrobić? - zapytałam, nie mogąc znieść przedłużającej się ciszy między nami. - Komandorze?
- Ufasz mi, Eithne? - Wziął moją twarz w dłonie i wpatrywał się we mnie uważnie. Był tak blisko, że mogłam podziwiać każdy najmniejszy szczegół jego pięknej twarzy. Był tak blisko, że kosmyki jego złotoczerwonych włosów łaskotały mnie w policzki.
Był tak blisko, a ja i tak pragnęłam, by był bliżej.
- Ufam - odparłam  z oddaniem.
- Więc wiesz, co robić - powiedział, odsuwając się. Pustka dookoła mnie okazała się przez moment obezwładniająca. - Nikt nie może wiedzieć, nikt. Rozumiesz? - przykazał mi raz jeszcze z mocą.
Skinęłam głową i sięgnęłam po sztylet.
- Przyjdź do mnie, gdy będzie po wszystkim - dodał jeszcze, nim odszedł.
Zawsze odchodził bez pożegnania. Nigdy nie pozwalał mi ruszyć za sobą. Za każdym razem pozostawałam z tyłu.
Czas wstąpić do pierwszego szeregu. Lecz aby to się stało, musiałam zabić Lorelei.
Nikt nie mógł się dowiedzieć. Nikt.

ŻYWIA
Znajdź wybrańca – rozbrzmiewał raz po raz głos w mojej głowie.
Wiedziałam, że muszę to zrobić, ale jak? Nadal nie wiedziałam, gdzie zacząć. Kogo prosić o pomoc. Nie mogłam tak po prostu pójść do królestwa elfów. Zabiłyby prawowitego władcę, nim wypowiedziałby swoje imię. Krasnoludy od początku czasu wierzyły w bogów, w tym we mnie. Byli godni zaufania, pracowici, lojalni, ale też bardzo łasi na bogactwa, a ludzie? Oni kierowali się sercem, uczuciami - przyziemnymi pragnieniami. Dlatego musiałam zawrzeć własne sojusze, własne przymierza, znaleźć tych, którzy by mi pomogli. Nie mogłam też wyprowadzić zwierząt z Gaju, dlatego tak trudno było mi podjąć decyzję. 
Wybór padł na królestwo ludzi. Mimo swej kruchości i krótkiego żywota, mieli w sobie zapał i iskrę do działania. Wielu z nich wierzyło w moje istnienie, powierzało mi swoje troski, modliło o pomoc zakopując w świętej ziemi swoje cenne amulety, pamiątki, czy też złote monety.
Zaufałam swojej intuicji mimo sprzeciwu Prastarego Dębu. Czułam, że muszę go opuścić, zostawić samemu sobie. Nie podobało mu się to. Ale w głębi duszy wiedział, że nie ma innego wyjścia z tej sytuacji. Po raz pierwszy od początku czasu, musiałam wyjść poza granice Świętego Gaju. Lecz nie mogłam tak po prostu odejść, musiałam się przygotować. W miastach ludzkich wielu było szpiegów, najemników, którzy z chęcią sprzedaliby samych siebie, byleby tylko móc chociaż przez chwilę zaznać bogactwa z rąk elfów, czy też zawistnego króla. Najważniejsze, co musiałam zrobić, to dobrze się ukryć - ma śnieżnobiała suknia bardzo rzucała się w oczy, a długie, czyste blond włosy będą przyciągały spojrzenia każdego, kto mnie minie. 
Zebrałam więc swoje kapłanki - dziewice, matki, wdowy - i poprzez echo lasu, szum liści i odgłosy potoku nakazałam im strzec świątyni nawet za cenę własnego życia. Nikt nie mógł wejść do Gaju, żaden elf, człowiek ani krasnolud. Nie podczas mojej nieobecności. Żaden też nie mógł się dowiedzieć, że bogini opuściła swoje miejsce.
Monety przyniesione mi przez stworzenia lasu dokładnie zapakowałam w sakiewkę wykonaną ze skóry zająca, a swoją suknię okryłam płaszczem jednej ze swych kapłanek. Pamiętałam, gdy przyszła do jednego z mych ołtarzy. Biedna i zziębnięta błagała, bym stworzyła dla niej życie. By w jej łonie mógł rozwinąć się potomek. Gdy spełniłam jej prośbę, zostawiła w darze wszystko, co posiadała. Swój stary, znoszony płaszcz.
Tego dnia posłużył mi za kamuflaż. Pozwolił niepostrzeżenie oddalić się od Gaju. Pozwolił mi minąć dwie postaci przy Studni Losu, odziane w zbroje, dobywające stali. Co takiego tam się działo? Z daleka nie potrafiłam ocenić czy to ludzie, czy może krasnoludy, jedyne co czułam, to zło. Jeszcze nikt od początku czasu, nie ośmielił się wejść uzbrojony na świętą ziemię.
- Nie powinno cię tu być – rozległ się szept za moimi plecami. Uskoczyłam przestraszona, lecz ujrzałam jedynie starą, niziutką kobietę o włosach niczym śnieg. – To niebezpieczne miejsce, zwłaszcza, gdy tych dwoje przyszło na polowanie – rzekła, a ja dostrzegłam w niej swoją kapłankę.
- Czego chcą od Studni Losu? – zapytałam, a odpowiedź od razu pojawiła się w mojej głowie. – Przyszli po przepowiednię, prawda? – Staruszka jedynie pokiwała głową i razem, bezszelestnie, zbliżyłyśmy się do nieznajomych.
To były elfy. Dzieci Moreny wtargnęły na granicę Świętego Gaju.
- Uciekaj teraz, pani. Pozwól mi wywiązać z zadania, którym nas obdarzyłaś – szepnęła, a po jej pomarszczonym policzku spłynęła jedna łza.
Już wiedziała, że nie dożyje zachodu słońca. Ja też to czułam, lecz nie mogłam nic na to poradzić. Moje słowa wypowiedziane u stóp Prastarego nie ucichną.
– To był dla mnie zaszczyt, służyć ci pani – pożegnała mnie i ruszyła w stronę pary elfów.
Powinnam jej posłuchać, uciekać natychmiast do najbliższej ludzkiej wioski, lecz nie potrafiłam. Nie mogłam oderwać wzroku od pięknego elfiego dziewczęcia, które jednym pewnym ruchem, bez mrugnięcia okiem, poderżnęła gardło mojej kapłance i wrzuciła jej bezwładne ciało do Studni Losu.
Zbezcześciła świętą ziemię. Neutralny teren. Teraz dopiero widziałam, jak bardzo stworzenia leśnego królestwa podobne były do swojego stwórcy. Z nimi nie wolno było zadzierać. Nie wolno było wchodzić im w drogę. 
Moje nogi nadal były jak z waty, a serce przeszył ból. Niczym sztylet wbity prosto w mięsień. Zginęła bowiem ta, która żyła dla mnie, a ja żyłam dzięki niej. Utrata tak wielkiej wiary kosztowała mnie wiele sił i mocy, ale teraz... Teraz nie było to ważne. Musiałam zniknąć. Dostać się do ludzkiej wioski. Wschód... Kierowałam się dokładnie na wschód, by po dwóch dniach marszu dotrzeć aż do wysokich wież i kamiennych bram stolicy królestwa ludzi.
___________
Cześć! Dotarłyśmy do Was z pierwszy rozdziałem. Mówi nieco więcej niż prolog, może więc będziecie już w stanie określić Wasz stosunek do niektórych postaci - jesteśmy ciekawe, czy widzicie je w takim samym świetle, co i my :)
Kiedy następny - nie wiemy. Szal wyjeżdża, potem Szur, a Szajb ma falującą wenę i trzeba ją czasem szturchnąć, żeby napisała, co ma napisać (a idzie jej, naszym skromnym zdaniem, świetnie!).
Czekamy na opinie i do następnego!
SS&S

sobota, 14 lipca 2018

PROLOG

ŻYWIA
Święty Gaj leżał pośrodku królestw trzech wielkich ras naszego świata: ludzi, krasnoludów i elfów. Od wielu lat toczyły one ze sobą wojnę, jednak tutaj nigdy nie dotarła.
Na szczęście, Święty Gaj był miejscem szczególnym niedostępnym i ukrytym. W jego tworzeniu nie brał udziału ani człowiek, ani krasnolud. To świątynia, w której znajdowało schronienie każde zwierzę, a pieczę nad nim sprawował Prastary Dąb. Nie był on tylko przerośniętą rośliną, ale był osią naszego świata. Trzymał go w całości, nadawał kształt i charakter.
- Witaj, Prastary – witałam się z nim co dzień, przeciągając się w jego koronie. – Szkoda dnia. Codziennie odpowiadał mi tym samym, majestatycznym szelestem wszystkich swoich liści. Zawsze wtedy czułam jego aprobatę. Jednak poza tym, Dąb pilnował zasad panujących w Gaju, które tak bardzo odbiegały od tych w królestwach ludzi, czy krasnoludów. Korzenie Prastarego sięgały głęboko w glebę, aż do Krainy Nawii. Zaświatów, którymi władał Weles, pan świata zmarłych. Lecz to nie był król, lecz bóg. Tak, dobrze usłyszeliście. Nasz świat otaczały przeróżne bóstwa. Niektóre przychylne ludziom, inne nie… A jeszcze inne były zupełnie obojętne. Ja także należałam do rodzaju bóstw i właśnie dlatego, Prastary Dąb był mi tak przychylny.
- Czas brać się do pracy. – Rozległo się echo poprzez Gaj.
W ten sposób drzewo pilnowało, bym nie zapomniała o swoich obowiązkach. Moim miejscem była duża polana, ukryta w samym środku Świętego Gaju. Chociaż otoczona była przez wysokie drzewa i krzewy, zawsze było tu jasno. Nocą oświetlane przez nasz tajemniczy Księżyc, a w dzień przez gorące i życiodajne Słońce.
Szłam przez trawy dotknięte delikatną rosą, przez mgłę poranka, otoczona śpiewem ptaków, aż do fontanny. Nie byle jakiej fontanny… Fontanny życia.
To tutaj oddawałam siebie, by z jednego, małego, złotego ziarenka piasku utworzyć czyjeś istnienie, a każdemu z nich przypadała jakaś rola w tym świecie. Jedne były wielkimi władcami, zapisującymi karty historii, a jedne zostały cichymi bohaterami, pomagającymi tym w potrzebie, lecz wiele z nich stawało się złodziejami, przestępcami, czy mordercami, bo w każdym świecie potrzebna jest równowaga, tak jak jest dzień i noc, tak my potrzebujemy i dobra i zła.

EITHNE
Komandor przyglądał mi się surowo. Dobrze pamiętałam ten wzrok - spoglądał na mnie podobnie kilkanaście lat temu, gdy wstępowałam do drużyny łowców. Teraz ponownie podlegałam jego ocenie.
- Naprawdę jesteś na to gotowa, Eithne? - zapytał. - Ostatnio zawiodłaś.
- Jestem, komandorze - odpowiedziałam z mocą. Byłam tego pewna. Tym razem nie zawiodę. - Nie zawiodę - powtórzyłam na głos. - Nigdy.
Podszedł do mnie, a ja uklęknęłam na jedno kolano. Bez zbędnych słów zawiązał mi na ramieniu lnianą, białą opaskę z czerwonym emblematem łowców, który oznaczał stopień zastępcy.
- Jeżeli się spiszesz, zostanie z tobą, Eithne.
Czy ten grymas na jego twarzy był czymś na kształt uśmiechu?
Nie mogłam go zawieść. Tylko w ten sposób mogłam liczyć na coś więcej niż cień zainteresowania z jego strony.
Zasalutowałam, gdy odchodził i odwróciłam się do drużyny. Czekali na moje słowa.
- W naszych lasach ukrywa sie grupa ludzkich szumowin, które liczą, że znajdą tutaj schronienie przed wojną. Pokażmy im, że się mylą. - Przez moją twarz przebiegł grymas obrzydzenia. Ludzie byli jak robactwo. Rościli sobie prawa do naszych ziem, a przecież całe to terytorium należało do nas od wieków. Nasi przodkowie tworzyli je dzięki mocom, którymi władali.
Wśród elfów najważniejszym wyznacznikiem statusu był rodzaj mocy, a następnie jej nasilenie. Najliczniejszą grupę stanowili ci, którzy we władaniu mieli ziemię. Dwie kolejne grupy były niewielkie, ale zbliżone do siebie liczebnością - woda oraz, nieco rzadziej, powietrze. Mocą ognia szczyciło się zaledwie kilka jednostek, stanowiących swego rodzaju elitę. Jak król elfów.
Lub komandor.
Moc powietrza dawała mi dość wysokie miejsce w hierarchii, zwłaszcza, że moje zdolności były stosunkowo dobrze rozwinięte. W jego obecności jednak zawsze czułam onieśmielenie.
- Co mamy zrobić, gdy ich znajdziemy? - zapytał jeden z moich kompanów, wyrywając mnie z zamyślenia.
Przeniosłam na niego swój wzrok i odpowiedziałam bez emocji:
- Zabić.
Od lat między naszymi rasami trwała wojna. Nie widziałam tu miejsca na sentymenty. Ani miłosierdzie.
Bronimy tego, co nasze. Odbieramy to, co się nam należy.
Bez względu na koszty i konsekwencje.
Obława nie trwała długo. Słońce jeszcze dobrze nie schyliło się ku zachodowi, gdy Lorelei wezwała mnie do siebie.
- To wszyscy? - zapytałam z powątpiewaniem, patrząc na niewielką grupę ludzi.
- Resztą zajęli się Feanel i Hirathos - odpowiedziała, a ja zmarszczyłam brwi.
- A czemu nie tymi? - Potoczyłam wzrokiem po twarzach pełnych przerażenia.
- Eithne... to dzieci. Myślałam... - Lorelei zawiesiła głos.
Nie powinna była myśleć.
Zerknęłam na nia z ukosa, a ona skuliła sie pod tym spojrzeniem. Była młoda. Młodsza ode mnie, a to była nie lada sztuka. Musiała się jeszcze wiele nauczyć. Ja tę lekcję odebrałam kilka lat temu.
Teraz nie zamierzałam powielić tego błędu. To by oznaczało stratę tego, co mogłam zyskać. A zyskać mogłam wszystko.
Spojrzałam raz jeszcze na zbiegów. Faktycznie, dzieci. Mogłyby zostać naszymi jeńcami. Uprawiać pola. Służyć w pałacu. Wykonywać ciężkie prace. Te najmłodsze mogłyby nawet przejść przez Rytuał, przynajmniej troje było w odpowiednim wieku.
Ale rozkaz był jasny.
- Słyszałaś komandora, Lorelei - odpowiedziałam zimno. - I mnie też słyszałaś. Wszyscy. Bez wyjątku. Przeliterować ci to, czy dotarło to już do ciebie? - zapytałam szyderczo.
- Dotarło. - Zwiesiła głowę.
- Idę odesłać resztę oddziału do domu. Gdy wrócę, nie ma tu już być ani jednej żywej duszy.
Kilka minut później na polanie leżało w równym rzędzie kilkanaście niewielkich ciał, szklistym, niewidzącym wzrokiem wpatrującym się w korony drzew ponad nami.
- Dobra robota, Lorelei - pochwaliłam ją. - Komandor o tobie usłyszy, możesz być tego pewna.
Sama za takie słowa jeszcze kilka lat temu dałabym się posiekać.
- Co teraz, Eithne?
- Wracamy do domu. Zdam raport, a potem ustalimy patrole. Zbyt wiele tego tałatajstwa kręci się po naszych ziemiach .- Skrzywiłam się, trącając butem najbliższe ciało. - Chodźmy.
Raport był gotowy w kilka minut, a komandor już czekał.
- Eithne - powitał mnie.
- Komandorze. - Skłoniłam głowę. - Zadanie wykonane. - Podałam mu raport.
- Jakieś problemy? - zapytał, nie odrywając wzroku od zapisanego moim pismem pergaminu.
- Żadnych.
- Doskonale. - W końcu na mnie spojrzał. - Pasuje ci ta opaska, Eithne. - Wskazał moje ramię. - Cieszę się, że do niej dojrzałaś.
- To zaszczyt usłyszeć to z twoich ust, komandorze - odpowiedziałam, skromnie skłaniając głowę.
- Oddaję drużynę pod twoje przywództwo. Raz w tygodniu będziesz składać mi raport. To tyle, możesz odejść. - Odprawił mnie gestem.
- A ty? Nie będziesz już brał czynnego udziału w polowaniach, komandorze? - Nie mogłam sobie wyobrazić gorszej wiadomości. Wizja wielu godzin każdego dnia spędzonych u jego boku zaczęła odpływać w siną dal.
- Na razie mam inne zajęcia. Możesz odejść, Eithne - zakończył stanowczo.
Nie chciał mnie już tutaj widzieć.
Niby sprostałam zadaniu. Jednak wcale nie czułam satysfakcji.
Nie wszystko poszło po mojej myśli.

MORENA
W powietrzu nadal unosił się lekki zapach dymu i spalonych ludzkich tkanek, zmieszany z odorem gnijących pod wpływem ukropu zwłok. Przestąpiłam kałużę krwi obutą w wysokie jeździeckie buty stopą i stanęłam na środku pobojowiska. Wzięłam głęboki wdech, co było trudne, biorąc pod uwagę wszechobecny smród i zmrużyłam lekko oczy, kiedy na rzeczywistość materialną, nałożyła się ta duchowa. Tu i ówdzie ujrzałam kilka zbłąkanych perłowobiałych dusz. Nieszczęśników, którzy nie potrafili się odnaleźć i zbłądzili pomiędzy tu i teraz, a wiecznością. Dziewka o spojrzeniu mętnym jak wody Oswy, płynącej nieopodal, po wiosennej burzy. Ujęłam jej dłoń długimi palcami. Wzdrygnęła się i podniosła na mnie oczy. Za życia były brązowe, teraz to jedynie kolejny odcień bieli. Patrzyłam jak jej dusza wsiąka w ziemię, jak odchodzi do Nawii, jak odpływa w jej kierunku rzeką zwaną Wyrajką. W ten sam sposób spławiłam do podziemi pozostałe zbłąkane istoty. Niestety tym razem nie napotkałam rannych, którym mogłabym zapewnić częściową ulgę w cierpieniu, niwelując zakażenia ran i śmiercionośne utraty krwi. To miejsce rzezi oczyszczono do cna. Wybito wszystkich, czy to wojowników, czy też ludność pobliskiej wioski. Nie znalazła się litość dla nikogo.
Niespiesznie powróciłam do ukrytego w leśnym gąszczu wozu. Pochylony nad upolowanym królikiem młodzian nie usłyszał, kiedy nadchodziłam. Wszak moje stąpanie nie rozchodziło się dźwiękiem. Pojaśniałe od słońca, brązowe włosy urosły ostatnio i zaczęły zawijać się na karku chłopaka. Obserwowałam ,jak wprawnymi ruchami oddziela mięso od króliczego futerka. Smukłe palce naznaczone licznymi bliznami przypominają mi, że nie od razu szło mu to tak dobrze. Nie chciałam go przestraszyć, więc nadepnęłam na suchą gałązkę, co uprzedziło go o mojej obecności. Odwróciła się do mnie twarzą. Jego oczy miały jasnozielony kolor, jakby lekko wypłowiały od patrzenia na słońce. Nic nie powiedział, jedynie patrzył na moją twarz.
- Pójdę się obmyć w rzece – przerwałam ciszę. - Potrzebujesz mej osoby?
Zaprzeczył ruchem głowy. Sięgnęłam do wozu i wyjęłam drobny tobołek, a później skierowałam się do rzeki. Wartki nurt obmywał moje ciało. Włosy zaplecione w pojedynczy warkocz przerzuciłam na ramię. Tocząca się wojna w ogóle mnie nie interesowała. Nie należałam do tych, którzy opowiadali się po którejś ze stron. Nie, ja jeno robiłam to, co do mnie należało. Tak długo, jak inni nie niepokoili mnie… i tego jedynego człowieka, który mi pozostał, ja nie wykorzystywałam arsenału swych mocy. Wyszłam z wody. Obok drzewa leżał mój strój do konnej jazdy, ale wiedziałam, że tego dnia już nie ruszymy. Sięgnęłam po tobołek i wypakował z niego zwiewną, czarną szatę z szerokimi rękawami. Szerokie wycięcie na plecach zwiększało mi swobodę ruchów. Ramiona zdobiły złote łuski imitujące swym nałożeniem ptasie pióra. Wróciłam do obozu, gdzie mój towarzysz zdążył oskórować oba upolowane króliki i szykował nam strawę.
- Chcesz teraz ty zażyć kąpieli? - zapytałam, siadając na ziemi obok ogniska.
- Może najpierw się posilimy. – Uśmiechnął się delikatnie.
Chociaż minęło pięć lat od momentu naszego pierwszego spotkania i chłopak liczył już sobie dwadzieścia lat, nadal pozostawało w nim wiele z tego młodzieńca, który jako jedyny ocalał z tamtej rzezi. Czasami nadal nawiedzały go w snach demony tamtego dnia. Zgrywał twardego, ale przede mną nie musiał. Byłam ostatnią istotą, która by go oceniała.
- Wszystko w porządku? - spytałam, odbierając upieczonego królika.
Skrzywił się, jak zwykle, kiedy wykazywałam chociaż odrobinę troski. W jego świecie to mężczyzna powinien troszczyć się o kobietę, sami nie okazując słabości, jaką jest przyznanie się do strachu, czy niepokoju. Nigdy nie rozumiałam tego braku wsparcia wśród ludzi. Czyż świat nie byłby lepszym miejscem, gdyby istoty były dla siebie bardziej wyrozumiałe?
- Tak, gdyby było inaczej, powiedziałbym ci – oznajmił i wgryzł się w królicze mięso.
- Nie potrafisz kłamać. Jak mam ci wytłumaczyć, że nie jesteś dla mnie cherlakiem, którego trzeba strzec? Jesteś jedną z mężniejszych istot, jakie kiedykolwiek poznałam – oznajmiłam.
Chłopak spuścił zawstydzony wzrok.
- Przepraszam. Wiem, jak ci ciężko mnie zrozumieć, ale mnie przychodzi to z równym trudem – rzekłam, kończąc posiłek.
Słońce zaczęło zachodzić, skąpawszy świat swoim delikatnym blaskiem. Mój towarzysz wstał i skierował swoje kroki w stronę rzeki. Zatrzymał się na chwilę obok mnie i delikatnym gestem ścisnął moje ramię.
- Doceniam wszystko, co jest częścią ciebie – powiedział i odszedł zażyć kąpieli.
Wciągnęłam w nozdrza zapach nadchodzącego wieczora. Wojny przychodziły i odchodziły, a mnie podobni i świat trwaliśmy nadal, ale ta była inna. Czułam to od początku. Zew krwi, który wzywał mnie do miejsc moru, nigdy wcześniej nie był tak silny. Wojna miała swój początek przed sześciu laty. Dla mnie była zupełnie niezrozumiała, jak większość konfliktów, które miały swe miejsce, w czasie, w którym stąpałam po świecie.
____________
Szur ostatnio pochłonęła niemal całą sagę o "Wiedźminie" i tak nas naszło na fantastykę, a Szajb i Szal nie miały nic przeciwko sprawdzeniu się w tych klimatach, zatem prezentujemy Wam prolog naszej nowej historii.
W kwestii systematyczności prosimy o wyrozumiałość, bo wciąż się jeszcze dogrywamy, a także sam projekt jest dla nas nowym doświadczeniem, więc musimy się "wyrobić" w tym stylu.
Pozdrawiamy i liczymy na pierwsze opinie, 
SS&S
PS: Zgadniecie, która jest która? ;D