wtorek, 16 października 2018

DRUGI


MORENA

Wróciliśmy z Niemirem do naszego obozu. Czułam rządzę mordu, jakby takowa była wcześniej uśpiona w mym wnętrzu. Zbyt długo kryłam swoje prawdziwe oblicze, zbyt długo pozwalałam pozostawać przy życiu plugawcom, którymi gardziłam. Wbrew temu, co ludzie mi przypisywali, nie radowało mnie bezsensowne mordowanie, zależało mi jeno na sprawiedliwym korzystaniu z mych mocy. Dlaczego miałabym utrzymywać przy życiu takie parszywe istoty, kiedy mogłam w zamian ocalić inny żywot? Równowaga pozostałaby zachowana, a szlachetna Żywia nie miałaby powodu, by kolejny raz pozbawić mnie namiastki człowieczeństwa. 
Wzdrygnęłam się, kiedy mój uśpiony dotychczas instynkt ostrzegł mnie, wyczułam chęć mordu, nim do niego doszło. Elfy nie miały skrupułów. Wyrżnęły niedobitki z ludzkiej wioski, ale nadal było im mało, więc zapragnęły wybić i krasnoludy. Gwizdnęłam na klacz, która pojawiła się jakby ze mgły. Zdezorientowany Niemir szybko dosiadł jednego z koni przywiązanych do wozu. Nie obejrzałam się na niego. Popędziłam klacz i gnałam ku osadzie, w której żyły wierne mi istoty - jedyne, które nadal mnie czciły. Może i byłam trochę samolubna, pragnąc ich atencji, jednakowoż był to instynkt przetrwania. Jedynie wiara w nas pozwalała nam nadal stąpać po ziemi. 
Gwałtownym gestem zatrzymałam klacz i zeskoczyłam z jej grzbietu. Elfy stały w zwartych, stosunkowo małych oddziałach w cieniu drzew. Słońce leniwie kryło się za horyzontem, a w powietrzu czuło się chłodny powiew wieczora. Czekałam, aż któreś ze stworzonych, wydartą mi przemocą, krwią istot zrobi fałszywy ruch. Czekałam, żeby elfy dały mi powód, abym mogła zmieść je z powierzchni ziemi. Były mi zupełnie obojętne i zostało by tak nadal, gdyby nie pchały się ze swoimi jałowymi roszczeniami do posiadania ziemi na tereny mi drogie. 
Kilka uderzeń serca później zjawił się Niemir. Jego gniadosz upadł, raniony strzałą. Chłopak uderzył w ziemię z głuchym łoskotem. Nie podniósł się, impet był zbyt duży i wypchnął z jego płuc całe powietrze. Krew się we mnie zagotowała. Pstryknęłam palcami i elf, który puścił strzałę upadł ze złamanym karkiem. Tak właśnie kończą śmiałkowie, którzy targają się na życie drogich mi osób. Niemir podniósł się i nawet z oddali mogłam zauważyć, iż utyka lekko. Byłam pewna, że moje oczy świecą tak intensywny, czerwonym blaskiem, jakiego dawno nie widział świat. Czułam, jakby cała tłamszona natura części zwanej Marzanną, wydostała się i szukała ujścia.

- Daję wam wybór! - krzyknęłam w kierunku elfów. - Zabierzcie się stąd i nigdy nie powracajcie, a pozwolę wam ujść z życiem.

- Z kogóż się uważasz, dziewko, by straszyć istoty, które swe pochodzenie zawdzięczają żywiołom? - zarechotał jeden z nich.

- Za waszą zgubę – odrzekłam lodowato, a on padł, krztusząc się własną krwią.

- Ty może i jesteś nieśmiertelna, ale ta słaba człeczyna już nie – rzekł, jak mi się wydawało, przywódca.

Elfy napięły cięciwy łuków i wycelowały w Niemira, który pobladł z lękiem na twarzy.

- Tak jak i wy – rzekłam z gniewem.
Nikt nie będzie próbował mi go odebrać. Wykonałam gest, jakbym chciała odgonić natrętnego owada i cały zastęp łuczników padł martwy. W pozostałych elfach wyczułam chęć odwrotu. Wolnym, pewnym krokiem przemieściłam się tak, aby skryć Niemira za swoimi plecami. Chłopak zadrżał, kiedy ujrzał mnie z bliska.
- Daję wam ostatnią szansę, aby ujść z życiem. – Spojrzałam prosto w oczy przywódcy. - Zastanówcie się, czy kolejny raz pragniecie ze mną zadrzeć.
Wczułam go za sobą. Wysłali skrytobójcę, łudząc się, iż odwrócą mą uwagę czczą gadaniną. Odwróciłam się w mgnieniu oka i szarpnęłam elfa za włosy, nim zdążył chociażby tknąć ostrzem swego sztyletu Niemira. Zmusiłam go, by stanął przed swoimi współbraćmi, z jego własną bronią przytkniętą do skóry szyi.
- Dałam wam wybór – powiedziałam i tupnęłam nogą.
Wszyscy, poza elfem, którego trzymałam, padli martwi. Skrytobójca szarpał się lekko. Odepchnęłam go tak, że upadł przede mną na ziemię. Był młody, miał smukłą twarz, charakterystyczną dla istot mu podobnych. Jego długie do ramion włosy miały lekko srebrny odcień. Zrobiłam krok w jego stronę, a on odczołgał się kawałek. Wyczułam jego strach, dziwny, jakby zbyt ludzki dla elfa. Stanęłam nad nim i kopnięciem odwróciłam go na plecy. Przydepnęłam jego dłoń. Z jego ust wydobył się bliżej nieokreślony jęk.
- Zabijesz go? - Za moimi plecami pojawił się Niemir.
- Chcesz, abym to zrobiła? - spytałam.
Elf starał się wyswobodzić swoją dłoń, ale ja tylko przydepnęłam ją mocniej. Znowu ni to jęknął, ni to zacharczał.
- Nie. – Niemir dotknął niepewnie mojego ramienia. - Już dostali nauczkę, że z tobą się nie zadziera.
Odwróciłam się w stronę chłopaka, zdejmując but z dłoni elfa, który przycisnął ją od razu do piersi. Przeistoczyłam się w Dziewannę i delikatnie musnęłam dłonią policzek Niemira. Chłopak przymknął oczy. Przestał kuśtykać, moja moc uleczyła jego nogę. Zwróciłam swoje oblicze do elfa, który znowu odsunął się odrobinę. Przyklęknęłam, unieruchamiając jego ramiona moimi kolanami. Dygotał ze strachu.
- Jak się nazywasz? - spytałam cicho.
Głos Dziewanny był dźwięczny, bardziej przyjemny dla ucha. Elf zaprzeczył ruchem głowy. Jego oczy miały kolor burzowego nieba. Wiedziałam, że przybierają taką barwę jedynie u elfów władających powietrzem i jedynie pod wpływem silnych emocji. Żadna nie była przeto silniejsza od strachu.
- Moreno? - Niemir przykucnął obok mnie. - Powinnaś go puścić. – Nie patrzył na mnie, ale zauważyłam lekką niechęć w jego spojrzeniu.
- Zrobię to – rzekłam, przesunęłam się lekko i elf ponowie wydał z siebie ten dźwięk.
Doznałam olśnienia. Nie mógł mi odpowiedzieć nawet, gdyby tego zapragnął, ponieważ jego język został odcięty. Elfy kaleczyły tak swych skrytobójców, aby byli lepsi. Poczynione przeze mnie plany legły w gruzach.
- Jak masz powiedzieć swym pobratymcom, że powinni się mnie lękać, skoro nie potrafisz mówić? - spytałam go cicho.
Niemir przenosił wzrok to na elfa, to na mnie. Wzdrygnął się, kiedy sięgnęłam po sztylet. Ważyłam go chwilę w dłoni i położyłam z powrotem na ziemię. Ujęłam twarz elfa w dłonie, stanowczo, lecz tak, by nie uczynić mu krzywdy. Ostrożnie przelałam swoją moc w jego ciało, nie nazbyt szybko, bo proces, jak zwykle był bolesny. Elf próbował się wyrwać, z jego oczu popłynęły łzy, odgiął głowę ku tyłowi i krzyknął. Zabrałam dłonie z jego twarzy. Dygotał na przemian zaciskając i rozluźniając pięści.
- Ból zaraz minie – zwróciłam się do niego.
- Co mu uczyniłaś? - głos Niemira był bezbarwny.
- Przywróciłam mu zdolność mówienia, więc może teraz podzieli się ze mną swym mianem – rzekłam lodowatym głosem.
- Camden. – Elf wypowiedział swoje imię ostrożnie, powoli.
Zsunęłam się z niego. Sięgnęłam jego sztyletu i płynnym ruchem obcięłam jego włosy prawie przy samej skórze. Następnie wstałam i podeszłam do mej klaczy. Pogłaskałam ją po chrapach i umościłam się na jej grzbiecie. W myślach przywołałam jabłkowitą klacz dla Niemira.
- Nie pozwól, by ponownie ci go wydarli, Camdenie – rzekłam i popędziłam ku obozowi.
Niemir prędko mnie doścignął. Jechaliśmy w milczeniu. Wiedziałam, że tamta ja, prawdziwa ja, to było dla niego zbyt wiele. Nie winiłam go, nigdy nie obiecywałam, że będę kimś innym, obiecałam jeno, iż nie dam go skrzywdzić.
Obróciłam w dłoni kosmyk włosów elfa, którego puściłam wolno. Wyjęłam z sakiewki drobny medalion i otworzyłam go. W środku było miejsce pozwalające umieścić dwa kosmyki. Jedno z nich było zajęte przez włosy Niemira, na drugim umieściłam te Camdena. Medalion był magiczny, wykuty przez krasnoludy i obdarzony mocą przez Welesa. Pozwalał mi wiedzieć, gdzie właściciele włosów są w każdej chwili. Nie sprawiał, iż wiedziałam z kim są oraz co czynią, ale sprawiał, iż byłam pewna, co do miejsca ich pobytu. Ta wiedza pozwalała mi spokojnie sypiać i nie budzić się z lękiem, gdy Niemir udawał się o świcie na polowanie, nie budząc mnie uprzednio. I bez niego potrafiłam sobie radzić, gdyż jako jedyna bogini potrafiłam zlokalizować każdą istotę, nie wykluczając elfów, stworzonych z mej krwi, które znały tajniki ukrywania się przed innymi bóstwami. Jednak potrzebowałam do tego spokoju i skupienia. Medalion po prostu był i działał, to dawało mu przewagę nad wszelkie inne moce.


EITHNE
- Zrobione.
Komandor nawet nie odwrócił się, gdy stanęłam za nim, gotowa zdać raport.
- Co zrobiłaś z ciałem?
- To, co zwykle – odpowiedziałam. Lorelei nie była pierwszym elfem, którego zabiłam na jego polecenie.
Byłam gotowa zrobić dla niego wszystko. Czasem miałam wrażenie, że wykorzystuje ten fakt, o ile zdawał sobie z tego sprawę.
Ale pragnęłam być przez niego wykorzystywana. Jeżeli to tylko oznaczało czas spędzony w jego obecności.
- Doskonale. Cierpiała? - Odwrócił się do mnie z jakimś dokumentem w ręce. Jego oczy były w tym momencie czarne, ale coś skrzyło się na granicy tęczówek.
- A miała cierpieć? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Nie – odrzekł krótko. - Niczym nie zawiniła.
- Ale i tak musiała zginąć – wyrwało mi się, nim zdołałam się powstrzymać.
Nie powinnam była tego mówić. To było zbyt miękkie, zbyt uczuciowe. Zbyt…
Zbyt ludzkie.
Odgoniłam prędko tę myśl, a komandor podszedł bliżej mnie, odkładając dokument na biurko.
- Eithne – powiedział cicho, unosząc dwoma smukłymi palcami moją brodę ku swojej twarzy. - Dobrze postąpiłaś. Tak trzeba było.
W jego oczach dostrzegłam pojedyncze zielone i niebieskie iskry. Nie musiałam patrzeć w lustro, by dostrzec, że moje własne przyjęły wówczas barwę błękitnego nieba. To spojrzenie, którym mnie obdarzył, było tym, czego tak pożądałam, o czymś śniłam i do czego dążyłam.
- Dziękuję, komandorze. - Nie uciekłam wzrokiem. Świdrowałam go spojrzeniem niemniej, niż on mnie. Tak mocno, że aż zaczęły piec mnie oczy.
- Nie zawiodłaś mnie, Eithne. Myślę, że możemy porzucić tę wydumaną formę grzecznościową i możesz zacząć mówić mi po imieniu. - Niebieskie iskry w jego oczach nabrały intensywności.
- Nie wiem, czy to właściwe, komandorze. - Próbowałam zaprzeczyć ruchem głowy, on jednak nie pozwolił mi odwrócić wzroku.
- Gaeth – powiedział stanowczo.
- Gaeth – powtórzyłam za nim, a jego imię w moich ustach zabrzmiało jak westchnienie.
- Dobrze – pochwalił mnie, obdarzając uśmiechem, od którego dreszcz przebiegł mi po plecach.
W relacjach między przedstawicielami naszej rasy nie było miejsca na uczucia. Uczucia były nam obce, targały nami jedynie żądze i pragnienia. To na nich opierały się wszystkie nasze relacje, a jednymi uczuciami, które zdarzało nam się odczuwać były strach i gniew, zapewne ze względu na swój pierwotny, dziki charakter.
Byliśmy istotami o wiele bardziej pierwotnymi, niż skłonni byliśmy to przyznać.
- A teraz, Eithne – wyszeptał z ustami tuż przy moim uchu. - Teraz chciałbym, żebyś ruszyła na poszukiwanie Wybrańca.
- Chcesz go dostać… żywego? - zapytałam niewiele głośniej.
- Możesz mi nawet przynieść jego głowę, interesuje mnie tylko, by to ścierwo zdechło, nim ktokolwiek wpadnie na pomysł, by posadzić go na tronie. - Jego twarz wykrzywił grymas gniewu. - Idź już, czas na ciebie, Eithne. - Nagle, bez powodu odsunął mnie od siebie.
- Gaeth…
- Idź – powtórzył ostrzej, a ja musiałam pogodzić się z myślą, że ta chwila bliskości była jedynym, na co mogłam liczyć.
Lecz może jeżeli wywiążę się z zadania…
Zmierzając do swojej kwatery wpadłam nagle na elfa znanego mi ledwie z widzenia.
- Eithne. Widziałaś Lorelei? Ponoć była z tobą ostatnio na zwiadzie…
Nie znałam jego imienia, ale poznałam go po ciemnozielonych włosach sięgających pasa i oczach zabarwionych obecnie na brunatno. Tak elfy władające ziemią okazywały strach. Lękał się o swą partnerkę, której nie mógł nigdzie odnaleźć. Choć była jeszcze młoda, być może to właśnie z nim za kilkadziesiąt lat spędziłaby Święto Ziemi. Rzadko zdarzało się, by osobniki będące na co dzień partnerami łączyły się podczas cyklicznych rytuałów płodności.
Nasze więzi niewiele miały wspólnego z miłością, która była domeną ludzi.
A jednak martwił się o nią. Jakby nie powodowała nim jedynie chęć zaznania z nią kilku chwil cielesnej przyjemności. Zaspokojenia pragnień, wokół których budowaliśmy swoje relacje.
- Pojechała patrolować zachodnią granicę – odpowiedziałam bez mrugnięcia okiem.
Za kilka dni ktoś odkryje jej ciało rozszarpane przez dzikie zwierzęta, gnijące powoli, oblepione chmarą much, żerujących na sercu, mózgu i trzewiach. Ślady zaprowadzą ich ku najbliższej ludzkiej sadybie, która pozna gniew jej pobratymców.
I nikt, naprawdę nikt, nie dowie się, co tak naprawdę się wydarzyło.
- Kiedy wróci? - dopytywał dalej.
- Musisz uzbroić się w cierpliwość. To odpowiedzialna misja – upomniałam go surowo, a on skłonił mi się, przypominając sobie nagle, że w naszej hierarchii znajduję się o wiele wyżej od niego.
Kiedy mnie minął, naszła mnie myśl, czy gdybym zginęła podczas którejś z moich licznych misji…
Czy ktokolwiek próbowałby mnie pomścić? Czy ktokolwiek przywiązałby wagę do mojego straconego życia?
Nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie, nie pozostało mi więc nic innego, prócz przygotowania się do poszukiwań Wybrańca.
Jeżeli wierzył w bogów, już powinien zacząć się do nich modlić. Bowiem już wkrótce czekało go spotkanie z Welesem.


ŻYWIA
Mury królestwa chociaż mocne, wydawały się na pierwszy rzut oka delikatne, i lekkie, a gdzieniegdzie wieże strażnicze wspinały się ku niebu i strzegły przed nieprzyjacielem. Sama  zastanawiałam się nad swoim celem, stojąc przed masywną bramą miasta. Drzwi były masywne, wykonane z ciemnego drewna, a w mroku pozostawały zupełnie niewidoczne, dając wędrowcom złudzenie pustej przestrzeni. Metalowe kraty, chociaż rzadko opuszczane, dawały dodatkową przewagę kruchej rasie ludzi. Lecz teraz potrzebowałam dokładnie zaplanować każdy kolejny ruch. Musiałam być ostrożna, gdzieś w ciemnych uliczkach czaili się szpiedzy gotowi, by w każdej chwili donieść swym zleceniodawcom o wszelkich podejrzeniach. 
Owinęłam się szczelniej swym starym płaszczem i po raz pierwszy przekroczyłam granicę ludzkiego królestwa. W moje oczy od razu rzuciły się stragany pełne pachnących warzyw i owoców, ozdobione kolorowymi płótnami. Gwar stwarzał wrażenie ciepła i bezpieczeństwa, a mieszkańcy przyjaźnie rozmawiali między sobą i pozdrawiali się. Chociaż nie byli ubrani w najpiękniejsze stroje, wydawało się że żyli w dostatku. Mijałam tłumy ludzi, a w mojej głowie pojawiła się myśl, że znałam wszystkich. Znałam każde ziarenko życia, które stworzyłam przy Fontannie Życia. Każde imię, każde przeznaczenie krążyło niczym aura wokół nich. Niektóre były jasne niczym słońce, a inne tliły się lekko, niczym gasnąca świeca.
W dali nad wszystkimi kamiennymi domami rósł ogromny zamek,  zbudowany z cegieł piął się pod niebo swymi strzelistymi wieżami, a nad nimi radośnie trzepotały niebiesko - złote flagi. Dopiero wtedy zauważyłam najeżone strażnikami zaułki. Niektórzy obserwowali wszystko czujnym wzrokiem, niektórzy patrolowali miasto, a inni znów pomagali potrzebującym. Jeden z nich, ubrany był w lśniącą zbroję i uzbrojony w miecz, podszedł do mnie.
- Witaj pani, czyżbyś się zgubiła? – zapytał miękkim, ciepłym głosem. Nazywał się Dziebor.
- Witam. – Dygnęłam nieśmiało. – Tak, pierwszy raz zawitałam do tego królestwa.
- Skąd więc przybyłaś? – Ukłonił się przede mną.
- Z wioski, panie, dwa dni drogi stąd – szeptałam przestraszona. Nigdy nie kłamałam, lecz wtedy była to konieczność.
- Czy zostaliście zaatakowani przez elfy pani? Nie masz się tu czego obawiać. Nasz władca, Vierys V, otacza opieką wszystkich, którzy zbiegli naszym wrogom. Pozwól zatem, iż odprowadzę cię, pani, do bezpiecznego miejsca.
- Oczywiście. – Dygnęłam przed nim kolejny raz.
Moje kłamstwo wydało się prawdopodobne strażnikowi, więc o niego byłam już spokojna. Teraz mogłam skupić się na odnalezieniu Wybrańca, tego, który miał zakończyć wojnę na świecie. Próbowałam go wyczuć, lecz na próżno, a  sam Dziebor zaprowadził mnie do gospody. Budynek był zbudowany z jasnego drewna, a jego dach ze strzechy przypominał mi dawne dzieje. W środku było gwarno. Goście śmiali się, prowadzili rozmowy przy piwie i jadle. W kamiennym kominku płonął ogień, żywioł boga Swarożyca, a ściany ozdobione były obrazami i skórami dzikiej zwierzyny.
- Och witaj, biedne dziecię – powitała mnie kobieta o włosach szarych niczym popiół, a oczach zielonych i bystrych. – Ogrzej się przy ogniu, a ja przyniosę ci strawę.
Usadowiła mnie blisko źródła ciepła, a sama żwawo wróciła do mnie z półmiskiem mięs. W Gaju nigdy nie jadłam zwierzęcego mięsa. Prastary tego zabraniał, zawsze szumiał, że każde stworzenie musi żyć tak długo, jak każe jego przeznaczenie. Jednakże woń, jaką roztaczało jadło przyniesione przez gospodynię sprawiało, że ślina sama napłynęła do moich ust.
- Och, musisz być bardzo zmęczona. – Przysiadła się do mnie. Jej aura lśniła najjaśniej w całej gospodzie.  – Dostaniesz pokój wraz z innymi przyjezdnymi. – Dopiero wtedy zauważyłam, że bacznie się mi przygląda. Jakby szukała czegoś znajomego w moim obliczu.
- Stokrotne dzięki, pani. – Skłoniłam się uprzejmie, kuszona wonią jadła przede mną.
- Mów mi Agatha, dziecino. – Uśmiech wkroczył na jej usta. – Nie dla mnie szlacheckie tytuły. A teraz jedz, potrzebujesz dużo sił.
Mięso zwierzyny okazało się zbawieniem dla mojego strudzonego ciała, a piwo lekiem na mój zmęczony umysł. Gdy tylko skończyłam swój posiłek, stara Agatha zaprowadziła mnie na piętro gospody. Pod dachem ze strzechy mieściło się wiele drzwi. Prowadziły one do pokoi, w których schronili się także inni ocaleni przed wojną. Gospodyni przydzieliła mi pokój wraz z kilkoma innymi kobietami. Chociaż mały, był przytulny i ciepły. Łoża zasłane świeżą pościelą ozdabiały ręcznie robione, wełniane koce. Życzyłam Agathcie spokojnej nocy i ułożyłam się na nie używanym łożu. Chciałam swoją mocą wyczuć Wybrańca, lecz nie potrafiłam. Musiał być bardzo daleko. Skupiłam się więc na aurach każdego przebywającego w tym mieście, gdy po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłam swoją głowę i ujrzałam młodzieńca. Wysoki blondyn stał oparty o drzwi i wpatrywał się we mnie czerwonymi oczami. Znałam go, lecz jego aura nie była zbyt silna. Niewzruszony obracał w swych smukłych dłoniach inkrustowany sztylet.
- Witaj, Żywio – odezwał się wysokim, lecz pewnym głosem. – Zapewne wiesz, jaki jest cel mej dzisiejszej wizyty?
- Owszem. – Wpatrywałam się w jego oblicze. Faktycznie znałam jego przeznaczenie. - Powiedz zatem, czy jesteś w stanie oddać za mnie swój żywot?
-  Jestem – odpowiedział bez zawahania.
- Czy jesteś w stanie poświęcić wszystko co kochasz, by pomóc w mej misji?
- Jestem. – Padła pewna odpowiedź.
- Czy jesteś w stanie dla mnie zabić ?
Zapadła chwila ciszy, którą przerywał jedynie nasz oddech i świst wiatru za oknem. Wiedziałam, że się waha. Nigdy wcześniej tego przecież nie robił.
- Tak.

EITHNE
Poszukiwania Wybrańca rozpoczęliśmy w okolicy spalonej niedawno ludzkiej wioski. Leżała po przeciwnej stronie naszego królestwa niż ta, w okolicach której porzuciłam zwłoki Lorelei. Chciałam złapać trop, przywyknąć do ludzkiego zapachu, przesiąknąć nim, by móc poczuć później tę nutkę boskości, którą bez wątpienia charakteryzował się Wybraniec. Z jego powodu wezbrała tęczowa fala na Łzie, nie mógł być taki sam, jak inni ludzie. Był bardziej jak… my.


Była to bardzo niezręczna myśl, ale niestety prawdziwa. Wyróżniał się spośród innych ludzi, nosił na sobie boski ślad, został naznaczony przez wolę Doli. Aby go wyczuć, musiałam najpierw poczuć ludzki smród, otoczyć się nim, by mieć porównanie.


Meandr i Irilla mieli przydzielony dziś patrol, ich obecność w naszej małej wyprawie nie była mi więc dziwna. Lepszy pożytek miałabym z elfów ziemi, ale ta dwójka władająca wodą też nie była najgorsza, choć rzadko miałam okazję z nimi polować. Natomiast czwarty uczestnik naszej wyprawy…
Zdziwiłam się, widząc na polanie przed kwaterami Siabora. Nie wiedziałam, czego kapłan mógłby tutaj szukać. Zawsze czułam respekt przed ognistymi elfami, nie inaczej było w przypadku Siabora. Kiedy więc oznajmił, że idzie z nami poczułam niepokój, poczułam się… zagrożona. Był w hierarchii wyżej ode mnie, a to ja dowodziłam tą wyprawą, to mnie powierzono to zadanie.
To mnie Gaeth je powierzył.
Siabor jednak nie miał złych intencji. Chciał mnie wesprzeć. Z całej trójki tylko on wiedział, co tak naprawdę jest obiektem naszego polowania. Został przysłany przez komandora, co przez krótki moment zasugerowało mi, że ten mi nie ufa, odepchnęłam tę myśl jednak czym prędzej.
- Nic tutaj nie ma – oznajmił kapłan, gdy stanęliśmy na brzegu wioski. Zgliszcza żarzyły się jeszcze miejscami.
- Bo nie miało nic tutaj być – odparłam, rozglądając się.
Meandr zmarszczył nos, czując wszechobecny ludzki zapach. Ja zaciągnęłam się nim, czując jak oblepia każdy centymetr mojego ciała niczym druga skóra. Irilla splunęła, kopiąc wzgardliwie jakiś porzucony w pośpiechu przedmiot. Siabor jedynie lustrował otoczenie wzrokiem, a pomiędzy opuszkami jego palców przeskakiwały iskry – znak, że korzysta ze swojej magii.
- Nie ma go tutaj – powtórzył, jakby moje słowa do niego nie dotarły.
- Nie po to tu jesteśmy – odparłam spokojnie. - Tędy.
Żadne z nich nie zapytało, dlaczego podjęłam taką decyzję.
Poprowadziłam ich w las, kierunek obierając jedynie w oparciu o przeczucie. Otaczał mnie ludzki zapach, którym przesiąkłam. Nie było żadnych racjonalnych przesłanek, by Wybrańca szukać akurat w tej części lasu, tej części świata. Mógł przecież być gdziekolwiek, mógł mieszkać w którymś z ludzkich miast.
Nie bez powodu jednak byłam jednym z lepszych łowców, nie bez powodu zostałam zastępcą samego komandora.
Minęło kilka godzin, gdy trafiliśmy na wnyki. Ludzki wynalazek, prymitywna forma polowania na zwierzynę. Oznaczało to jedynie, że zbliżamy się do terenów zasiedlonych przez ludzi. Ci ukrywający się na naszych terenach nie mieli śmiałości polować w naszych lasach z pomocą pułapek. Zbyt łatwo było ich potem wyśledzić… i zabić.
- Jest tutaj? - Słowa Siabora tak naprawdę nie były pytaniem, mimo to skinęłam głową. Irilla założyła strzałę na cięciwę, odwiodłam ją jednak od tego krótkim gestem.
- Chcę go złapać żywego.
- Po co? - zdziwił się Meandr. - Kim on w ogóle jest?
- Kimś, kogo mamy za zadanie zgładzić – odpowiedziałam. - Ale chcę patrzeć mu w oczy, widzieć, jak wycieka z niego życie. - Przymknęłam oczy, wsłuchując się w szum wiatru. Było w nim coś… innego. - Już niedaleko.
Chciałam ruszyć przed siebie, ale Siabor powstrzymał mnie łagodnym, acz zdecydowanym gestem.
- Musimy wracać.
Zmarszczyłam brwi, a on w odpowiedzi pokazał mi ognisty obraz, który przed chwilą otrzymał. Sposób komunikacji dostępny jedynie dla elfów ognia. Spojrzałam w taflę płomieni, którą przede mną roztoczył i ujrzałam jednego z moich braci, elfów powietrza. Jego włosy były ścięte na ludzką modłę.
Ścięcie włosów było jednym z najgorszych sposobów na napiętnowanie naszej rasy. To było coś, co odróżniało nas od ludzi, którzy w wieku pięciu lat po raz pierwszy strzygli swoje dzieci. Był też to wiek, w którym najpóźniej ludzkie dzieci mogły zostać poddane Rytuałowi. Do tego momentu nie różniły się niczym od nas, dopiero potem otrzymywały imię, stawały się chłopcem, bądź dziewczynką. A do momentu ścięcia włosów mogły stać się także jednym z nas.
Obcięcie elfowi włosów było niczym… okaleczenie. Próba uczłowieczenia go, upodlenia. Złamania.
To była wiadomość dla nas.
- Kto…? - wykrztusiłam, odwracając wzrok. Nie znałam tego konkretnego elfa, wiedziałam tylko, że był jednym ze skrytobójców, jednak dobrze wiedziałam, że nie miał już czego szukać w naszej społeczności. Teoretycznie nie został przez nikogo wykluczony, ale wątpliwe było, by spotkał się z serdecznym przyjęciem. Prędzej czy później sam odejdzie.
- Krążą plotki o tym, że na ziemiach śmiertelników pojawiła się Morena – odpowiedział Siabor. - Musimy iść, Eithne. Król…
- Mam rozkazy od komandora – przerwałam mu ostro. - Nasz cel jest na wyciągnięcie ręki, nie mogę teraz zrezygnować.
- Rozkaz od króla – powtórzył stanowczo kapłan. Irilla i Meandr obserwowali nas bez słowa, bojąc się choćby odezwać. - Nie możesz zignorować rozkazu władcy.
- Otrzymuję rozkazy bezpośrednio od komandora. To on wyznacza cele polowań, podlegam tylko i wyłącznie jemu – odpowiedziałam chłodno. - Zapolowanie na boginię moru wymaga skrupulatnych przygotowań, jeżeli uważacie, że podołacie, to dołączcie do pościgu. Ja nie mam zamiaru porywać się z motyką na słońce, zwłaszcza, że mam tutaj coś do zrobienia.
- To rażąca niesubordynacja – wyrzucił z siebie Siabor z oburzeniem.
- Nie ty za nią odpowiesz. Idźcie już, nie przeszkadzajcie mi w mojej misji, skoro nie macie zamiaru mi w niej pomóc. – Odprawiłam gestem Meandra i Irillę, a elf ognia jeszcze dłuższą chwilą mierzył się ze mną wzrokiem.
- Gaeth nie jest królem – powiedział w końcu spokojnie. - Choć bardzo by chciał. Uważaj, wobec kogo jesteś lojalna, bo od tego może zależeć twoje życie, Eithne.
- Wiesz, na kogo poluję, prawda? - odpowiedziałam mu twardym spojrzeniem. - Wiesz więc, jak wielka odpowiedzialność na mnie ciąży. Może i jest tylko nędznym człowiekiem, ale człowiekiem przez którego wezbrała tęczowa fala na Łzie. Nie lekceważ go, Siaborze.
- A ty nie lekceważ królewskich rozkazów, naprawdę możesz na tym kiepsko wyjść.
Skinęłam głową.
- Powodzenia z Moreną. Liczę, że opowiesz mi potem wszystko… O ile uda ci się przeżyć – rzuciłam, nim zniknęłam mu z oczu, pochwycając gwałtowny podmuch wiatru, który zabrał mnie na brzeg niezbyt oddalonego urwiska.
Jeżeli król sądził, że puszczenie czteroosobowego oddziału tropiącego w celu zgładzenia bogini ma jakiekolwiek szanse powodzenia, to był głupcem i nie omieszkałabym powiedzieć mu to prosto w twarz, gdyby trafiła się taka okazja. Odpowiadałam jednak tylko przed komandorem, a on kazał mi za wszelką cenę zgładzić Wybrańca.
Wybrańca, który stał teraz przede mną z krótkim nożem do oprawiania zwierzyny w dłoni, zupełnie zdezorientowany moim pojawieniem się. Krew jelenia skapywała na kamienie, a przestrzeń między nami wypełniał cichy śpiew ptaków.
Przez bardzo długą chwilę wpatrywaliśmy się w siebie bez słowa. Był wysoki, chyba dość przystojny, jak na ludzkie standardy. Jasne, lekko kręcone włosy opadały mu na pełne zaskoczenia niebieskie oczy. Zaskoczenia, jednak nie strachu.
Cóż, godne podziwu, naprawdę.
- Jakieś ostatnie słowo, nim rozpłatam ci gardło? - zapytałam cicho, sięgając po swój sztylet.
- Nic złego ci nie zrobiłem – odpowiedział dziwnie spokojnie, robiąc krok w tył i prostując się nieco. Patrzył mi prosto w oczy, bez strachu. - To nasze ziemie, mam prawo tutaj polować.
- Nie masz do niczego prawa, człowieku – warknęłam, jednym ruchem przeskakując nad truchłem jelenia. Wybraniec rzucił się do tyłu zaskoczony moim nagłym ruchem, wyciągając przed siebie nóż.
Ostrze, które nie miało najmniejszych szans z moim sztyletem. Nawet gdyby ten spoczywał w o wiele mniej sprawnych dłoniach, niż moje własne.
- Daj mi odejść w spokoju, nic mnie nie obchodzą wasze wojny. - Mężczyzna odzyskał panowanie nad sobą, wyciągając w moją stronę uspokajająco rękę, tę bez noża. - Odejdę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz, tylko pozwól mi odejść, proszę.
Było coś takiego w jego spojrzeniu…
- Nie mogę, przykro mi – odpowiedziałam chłodno. Naprawdę było mi przykro, choć przecież nie powinno tak być.
Ale rozkaz, to rozkaz. A rozkaz od komandora to coś jeszcze ważniejszego.
Moje ruchy były zbyt szybkie, by ludzkie oko mogło je uchwycić. A mimo to Wybraniec zdążył się uchylić przed moim ciosem, mimo iż dzieliła nas tak niewielka odległość. Nie spodziewałam się, że chybię, siła ciosu pociągnęła mnie do przodu. Zachwiałam się na krawędzi przepaści, jednak odzyskałam równowagę i odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni, jeszcze bardziej żądna jego krwi.
- Możesz. Przecież tak naprawdę nic nas nie różni. - Jego upór był naprawdę zadziwiający. Nie mogłam się zdecydować, czy to, co robił było ogromną głupotą, czy ogromną odwagą. Skłaniałabym się jednak ku temu pierwszemu. - Jestem myśliwym, więcej czasu spędzam wśród zwierząt, niż wśród ludzi. - Postąpił krok w moją stronę. Rękę z nożem opuścił na dół, jakby próbował mnie… obłaskawić?
- Ty polujesz na zwierzęta. Ja poluję na ciebie i tobie podobnych – odwarknęłam, przerzucając sztylet do drugiej ręki. Jego czubek zataczał niewielkie ósemki, które mężczyzna śledził wzrokiem.
- Jeśli chcesz mnie zabić, to zrób to szybko. Oboje wiemy, że nie mam z tobą żadnych szans – odezwał się nagle, robiąc duży krok w moją stronę i rozłożył ręce na boki, jakby w geście poddania się.
Zaskoczył mnie tym gestem. Tak bardzo, że aż odchyliłam się lekko do tyłu, przeniosłam ciężar ciała z palców na pięty. Minimalny ruch, to jednak wystarczyło, by ziemia nagle osunęła mi się spod nóg. Z ust wyrwał mi się krótki okrzyk, kiedy nagle moje ciało opadło dwa metry w dół. Drapnęłam paznokciami skałę, nie udało mi się jednak jej złapać. Coś jednak powstrzymało grawitację przed roztrzaskaniem mojego ciała o dno wąwozu.
I nie był to wiatr, którego podmuchu nawet nie zdążyłam zawezwać.
- Nie próbuj mnie teraz zabijać, to może uda mi się cię wciągnąć.
Jego głos wyrwał mnie z osłupienia i zauważyłam jego palce zaciśnięte mocno na moim nadgarstku. Przeniosłam spojrzenie na jego twarz, przesłoniętą kosmykami jasnych włosów. W jego oczach dostrzegłam niepokój, jakby się martwił… o mnie?
- Trzymaj się mocno, złap mnie drugą ręką… tylko schowaj ten tasak, okej? - Uśmiechnął się kącikiem ust, a w jego oczach dostrzegłam psotne iskierki.
Zmrużyłam oczy i wsadziłam sztylet za pasek, po czym złapałam go tą ręką za przedramię. Stęknął cicho, zapierając się, by podciągnąć mnie do góry. Poszukałam oparcia dla stopy, by ułatwić mu to zadanie. Poczułam wiatr rozwiewający mi włosy, wykorzystałam więc ten podmuch i już chwilę później leżałam na brzuchu na brzegu urwiska. Mężczyzna leżał obok mnie, na plecach, dysząc ciężko, nieco umazany błotem na twarzy.
Uniósł się na łokciach i przyjrzał mi się ciekawie. Odpowiedziałam mu tym samym, odgarniając włosy z twarzy. Był mniej więcej w moim wieku… przeliczając oczywiście na ludzkie lata. Według ich miary miałam około dwudziestu lat, on wydawał się niewiele starszy. Czy wyglądał na Wybrańca? Nie bardzo. Spodziewałam się kogoś bardziej…
Ogółem powinien być „bardziej”.
- Zabijesz mnie teraz, czy potrzebujesz jeszcze chwili na złapanie oddechu? - Przerwał ciszę. Jego głos był niefrasobliwy, wręcz żartobliwy, w oczach jednak dostrzegłam napięcie.
Nie bał się mnie, nie bał się śmierci. Nie była to jednak odwaga, nie była to głupota, czy brak wyobraźni, a… obojętność.
Tak jakby nie miał już nic do stracenia.
- Idź. - Podniosłam się najpierw na jedno kolano, a potem wyprostowałam się. Patrzyłam na niego z góry, zastanawiając się, co ja też najlepszego robię. - Gdyby ktoś cię pytał, nigdy mnie nie widziałeś.
Obróciłam się na pięcie i już miałam pochwycić podmuch wiatru, by zniknąć stamtąd czym prędzej, gdy powstrzymał mnie cichy szelest, gdy mężczyzna podniósł się na nogi.
- Dlaczego?
Zatrzymałam się.
- Chciałam cię zabić, a ty nie pozwoliłeś mi spaść, uratowałeś mnie, choć wiedziałeś, że i tak będę chciała cię zabić – odpowiedziałam. - Żaden człowiek nigdy nie zrobił dla mnie nic takiego… Życie za życie, jesteśmy kwita. Następnym razem, gdy się spotkamy, nie wyjdziesz z tego żywy – dodałam jednak. Rozkaz komandora nie przestawał obowiązywać.
- W takim razie postaram się cię unikać – odparł, a na jego twarzy ponownie zagościł ten zdawkowy uśmieszek, który jednak nie miał nic wspólnego z rozbawieniem. - Choć trochę szkoda… - dodał ciszej.
Nie pytałam, co miał na myśli.
- W najbliższe wnyki, te na północ stąd, złapała się właśnie młoda łania. Masz dziś dużo szczęścia, człowieku. - Zerknęłam na niego przez ramię, nim zniknęłam wraz z gwałtownym podmuchem wiatru.
Spojrzenie niebieskich oczu było dokładnie takie samo, ja te, które ujrzałam wówczas w wodach Łzy. Spojrzenie, którego wspomnienie długo jeszcze nie chciało zniknąć z moich myśli.


MORENA
Obróciłam się na posłaniu i zauważyłam, że Niemir się we mnie wpatruje. Jego spojrzenie paliło mnie żywym ogniem.
- Wiedziałam, że kiedyś me prawdziwe oblicze stanie między nami – rzekłam szeptem.
Nie odrzekł ani słowa. Przysunął się bliżej mnie i otulił ramieniem. Oparłszy swój podbródek na mej głowie, przygarnął mnie mocniej.
- Zwątpiłem, gdy uniosłaś sztylet na tego elfa. W twych oczach było coś... Zląkłem się, że kiedy zabijesz go, nie zostanie ci już nikt do zaspokojenia chęci mordu poza mną. – Jego słowa zmroziły mi krew.

Lodowaty dreszcz przebiegł linię mego kręgosłupa.
- Dlaczego miałabym cię zabić? Nie po to ocaliłam cię, aby marnować dar, jakim dla mnie jesteś. – Bliskość jego ciała lekko tłumiła moje słowa.
- Wiem, ale w tamtym momencie strach był silniejszy niźli trzeźwy osąd - odrzekł, otulając nas mocniej grubą skórą, którą byliśmy przykryci.
Wtedy poczułam jego obecność. Jakby impuls przenikający me jestestwo na wskroś. Spojrzałam w tamtym kierunku i ujrzałam go ponownie. Camden stał w cieniu drzew i zaciskał lewą rękę na prawym nadgarstku. Z kącika ust spływała mu na brodę strużka krwi. Niemir podążył za moim wzrokiem. Wstał gwałtownie i ruszył w kierunku elfa.
- Śledzisz nas? - zapytał z gniewem, który zupełnie mu nie pasował.
Camden zrobił krok w tył, kręcąc głową w geście zaprzeczenia. Czyżby ponownie utracił zdolność mówienia? Podniósłszy się, niespiesznie podeszłam w ich kierunku. Elf ujrzał moją twarz i cofnął się gwałtownie.
- Posłali oddział. Twoją wolą było, aby się o tobie dowiedzieli. Tak się stało, a teraz idą, aby cię zabić. - Camden podniósł na mnie wzrok.
Jego spojrzenie pełne było różnych emocji. Niektóre zaskoczyły mnie, gdyż elfy rzekomo nie posiadały zdolności ich odczuwania.
- Dostaną więc to, po co przyjdą. Śmierć - odpowiedziałam lodowato.
Niemir uniósł na mnie wzrok. Jego oczy były puste, jakby zrezygnowane. Camden odwrócił głowę, co pozwoliło mi spostrzec siniec na jego policzku.
- Skrzywdzili cię. - Spojrzałam prosto w jego oczy, które obecnie były lekko granatowe.
- Kiedy tylko powiedziałem im o tobie, uznali, że jako świadek, mógłbym szerzyć niepokoje. Próbowali mnie zabić, ale to raczej ja pozbawiam innych życia, więc swojego tak łatwo nie oddam. - Schował prawą rękę za plecami.
W czasie jednego uderzenia serca stałam się Dziewanną.
- Pokaż - rzekłam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Elf niepewnie podał mi dłoń. Ujęłam ją palcami sięgając nadgarstka. Camden wydał z siebie syk.
- Kości są pogruchotane. Trochę zaboli. - Bez zbędnej zwłoki wlałam w jego osobę swoją moc.
Zacisnął zęby, ale nie wydał nawet drobnego dźwięku. Skrupulatne elfie szkolenie nie tak łatwo wykorzenić. Skupiłam się i sięgnęłam mocą również rozbitej wargi i posiniaczonego lica.
- Dziękuję. - Głos zadrżał mu nieznacznie.
- Gdzie się teraz udasz? - zapytałam, na powrót stając się Marzanną.
- Chyba wrócę do swoich. Zachowam tą historię dla siebie. Może zaakceptują elfa ze ściętymi włosami. - Wzruszył niepewnie ramionami.
Przyjrzałam się mu uważnie i dostrzegłam, że stał się zupełnie inny, niż w dniu naszego poznania. W jego duszy dostrzegłam jakby ludzką cząstkę. Cząstkę, której żaden elf nigdy nie posiadł.
Poczułam ich prędzej, aniżeli ujrzałam. Niewielki oddział elfów, może z dwudziestka, stanął na skraju polany. Strzały posypały się bez ostrzeżenia. Pchnęłam Niemira, który upadł na kolana, ale żył. Strzała minęła go o milimetry. Jedno spojrzenie na oddział i łucznicy padli martwi. Pozostała dziesiątka ruszyła na mnie jednocześnie. Każde upadło bez życia po zrobieniu pierwszego kroku w moją stronę.
Myślałam, że to już koniec, ale się myliłam. Na skraj polany wkroczyła odsiecz. Raptem trzy elfy. Dwoje wody i jeden ognia. Dwóch mężczyzn, jedna kobieta. Najpierw ruszyła na mnie pierwsza para. Chłopak i dziewczyna, oboje o granatowych włosach, które wyglądały, jakby cały czas były mokre. Ich zielonobłękitne oczy pałały nienawiścią. W ich dłoniach zalśniły dwa miecze, o rękojeściach wyobrażających fale. Jeno jedno uderzenie serca było mi potrzebne, by sięgnąć po miecz. Przeszedł mnie dreszcz podniecenia, kiedy klinga przecięła pierwszego z elfów na pół. Niemir odwrócił wzrok. Zdążyłam jednakże ujrzeć w nim pogardę. Krew elfa wraz z jego wnętrznościami rozlała się po trawie. Dziewczyna nawet nie mrugnęła. Ruszyła na mnie gniewnie. Sparowałam jej cios i cięłam pod innym kątem. Padła na kolana, trzymając się za brzuch, kiedy życie szybko opuszczało jej ciało.
Ostatni elf wyglądał na młodszego, aniżeli poprzednia dwójka. Jednak jego płomienne oczy zdradzały doświadczenie. Chwilę ważył w dłoni piękny miecz, w którym odbijały się, błądzące w jego czerwonopomarańczowych włosach, iskierki. Ten był lepszym przeciwnikiem. Udało mu się nawet drasnąć mnie w ramię już przy pierwszym ciosie. Sekundę później uchylił się, więc minęłam go ledwie o kilka milimetrów. Mogłabym zmieść go z powierzchni ziemi samym spojrzeniem, ale to dostarczało mi więcej emocji. W ostatniej chwili elf zrobił krok w tył i mój cios rozpłatał mu brzuch, miast rozciąć go na dwoje. Upadł na kolana, próbując utrzymać wnętrzności na miejscu. Jego krew była wszędzie. Podniósł na mnie wzrok, w którym nie było już gniewu, jeno przerażenie.
- Błagam – wyszeptał.
Spojrzałam w kierunku Niemira, ale ten na mnie nie patrzył. Za to stojący opodal niego Camden wejrzał na mnie z lękiem i niemą prośbą. Przeobraziłam się, a on podbiegł do klęczącego przede mną elfa. Ujął go za ramiona, kiedy wici mej mocy wniknęły w ciało mego dotychczasowego przeciwnika. Ognisty elf wrzasnął przerażająco.
- Ten ból jest jedynie przejściowy. - Oderwałam jego zakrwawione palce od brzucha. - Wytrzymaj jeszcze kilka sekund.
Camden zacisnął dłonie na nadgarstkach ognistego elfa, aby udaremnić jego próby ponownego osłonięcia rany. Moja moc niespiesznie ją zasklepiała. Lawirowałam na granicy utrzymania go przy zdrowych zmysłach. Niemir wpatrywał się we mnie tępym wzrokiem, który stopniowo łagodniał, gdy spostrzegł moje czyny, mające na celu uratowanie życia elfa. Kiedy tylko po ranie nie było znać już śladu, przeobraziłam się na powrót. Camden zdjął swe dłonie z nadgarstków drugiego elfa, który osunął się do przodu, opadając czołem na me ramię. Jego bliskość nie była mi zbytnio miła. Ledwie przed kwadransem próbował mnie zabić.
- Wybacz mi – wyszeptał ochrypłym, od krzyku głosem. - Żaden elf by się nie ulitował. Mawiają, że to przez twą krew, z której się zrodziliśmy. Jakież to wierutne kłamstwo.
- To twierdzenie jest akurat słuszne. Tamten kapłan, wydarłszy mi siłą kroplę krwi, sprawił iż, elfy pozbawione są tej ludzkiej części mego jestestwa. - Miałam ochotę brutalnie odepchnąć go od siebie, ale jego dusza wydała mi się jakaś dziwna.
- Ale czy to znaczy, że nie znasz litości? Czy to, że nam jest ona obca również i ciebie, naszą twórczynię, jej pozbawia? - Jego oddech owiał mi szyję.
- Jestem boginią zemsty i śmierci – mówię twardo, odsuwając elfa od siebie.
Uniósł na mnie ogniście czerwone oczy. Czy takie same płonęły w mej twarzy, kiedy byłam zła? Nie, u mnie sprawiao to bardziej złowrogie wrażenie.
- Gdybyś naprawdę była tylko nią, nie ocaliłabyś mnie. - Elf mozolnie podniósł się na nogi.
Camden podtrzymał go.
- Niedawno próbowaliśmy cię zabić, a ty spojrzeniem błagałeś ją by mnie oszczędziła – zwrócił się do niego elf ognia. - Pamiętam, jak wycinano ci język, a teraz na powrót możesz mówić. Obdarzyła cię tą cząstką siebie, której pieczołowicie zaprzecza. My dwaj jesteśmy teraz jedynymi kompletnymi elfami. - Camden posłał mi niepewne spojrzenie.
- Próbowałeś go zabić?! - Dopiero w tamtym momencie skojarzyłam wcześniejsze słowa Camdena z osobą elfów posłanych na mą zgubę.
Ognisty elf spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. W jego oczach było zrezygnowanie.
- Moreno! - Głos Camdena wyrwał mnie z objęć zimnego gniewu.
- Jak się zwiesz? - Podeszłam ku ognistemu elfowi i ujęłam jego podbródek.
Mimo iż jego dusza miała ludzką cząstkę, ujrzałam w jego twarzy charakterystyczną dumę. Jednak wówczas nie była ona już taka narcystyczna, jak u pozostałych elfów.
- Siabor. - Jego oczy rozbłysnęły iskrami.
- Posłuchaj, Siaborze, tym razem cię nie odeślę do Nawii, ale pamiętaj, jak łatwo mnie rozgniewać. - Puściłam jego podbródek i przeniosłam spojrzenie na Camdena.
Gestem nakazałam mu, aby podszedł ku mnie. Niepewnie stanął przede mną. Oplotłam palcami jego nadgarstek i przywróciłam mu włosy. Tak ważne dla elfów, tak nieistotne w ostatecznym rozrachunku.
- Nie mogę pozwolić, by cię wykluczyli. - Zabrałam dłoń.
- Moreno. - Camden nie powiedział nic więcej.
Jego dusza przyciągała mnie w niepojęte dla mnie sposób. Wyjęłam z cholewy wysokiego buta niewielki sztylet, którego ostrze zaprawiane było jadem Żmija, co sprawiało, iż ledwie draśnięcie było śmiertelne. Jedynym antidotum była krew bogów.
- To ostrze niesie śmierć każdemu, kogo skaleczy. Będzie twą ochroną. - Podałam sztylet Camdenowi.
- Dziękuję. Pójdziemy już. Mam nadzieję, że cię jeszcze spotkam. - Elf lekko skłonił głowę.
- Niech moi bracia i siostry będą ci przychylni. - Patrzyłam za oboma elfami, kiedy znikali w gęstym lesie.
Niemir podszedł do mnie i niepewnie mnie objął. Oparłam swe lico o jego pierś i zrozumiałam. Jego dusza, podobnie jak ta Camdena, przyciągała moje jestestwo w niezwykły sposób. Zapewne dlatego nawet jako bezduszna, mściwa bogini byłam im przychylna. Jednak nie potrafiłam pojąć cóż jest powodem tej magnetycznej siły. Co sprawiło, iż dwie, nie mające znaczenia w świecie, istoty okiełznały i przytłumiły Morenę? To ten zew, tamtego dnia, kazał mi uleczyć Niemira i to on od początku skłaniał mnie ku ocaleniu Camdena. Jednak nie miało to nic wspólnego z Siaborem, który nie uzyskałby mej łaski gdyby nie elf powietrza. Więc, jakim sposobem ci dwoje stali się moją słabością?



ŻYWIA
- To nie tak, że ludzie mnie nienawidzą – mówił Falibor, gdy prowadził mnie rankiem przez dziedziniec. – Po prostu jestem inny, nie pasuję do reszty.
Dopiero w świetle dnia dojrzałam jego białą skórę, która mieniła się na różowo w miejscach szczególnie wystawione na promienie słońca. Jasnoczerwone tęczówki rankiem nabrały koloru krwi, a niebieskobiałe białka tworzyły niespotykane połączenie. Przerażające dla prostych mieszkańców ludzkiego królestwa. Dla mnie było to jednak kolejne ziarenko, życie które stworzyłam, nie różniło się ono niczym od pozostałych, dlatego po części dziwiłam się mieszkańcom, którzy patrzyli na mojego towarzysza z pogardą.
- Nie zwracaj na nich uwagi proszę – ciągnął dalej Falibor. – Tacy, jak ja już do tego przywykli.
- Jest was więcej, mój drogi?
- Owszem, pozwól zatem, że Ci ich przedstawię. – Stanął przed masywnymi drewnianymi drzwiami, prowadzącymi do małej piwniczki. – Tu się kryjemy przed niechęcią „tych normalnych”. – Uchylił odrzwia i moim oczom ukazała się ogromna sala.
Oświetlona jedynie przez pojedyncze świece, spowita półmrokiem napawała mnie wtedy strachem, lecz gdy tylko weszłam do środka, zrozumiałam jaki był tego cel.  W sekundzie powietrze przeszył świst strzały wystrzelonej z ciemności. Grot minął mnie raniąc policzek, z którego spłynęła mała strużka krwi. Nie miałam mocy uzdrawiania, ani też nie byłam w Świętym Gaju, by mogła mnie uleczyć woda, więc musiałam się pogodzić z zadraśnięciem.
- Hasło! – Rozległ się donośny głos. Byłam pewna, że należał do kobiety. W ciemności mogłam zobaczyć jej niemalże śnieżnobiałą aurę.
- Żyjemy by walczyć, walcząc umieramy, dla Wybrańca swój żywot oddamy – odparł pewnie mój towarzysz, obracając w dłoniach metalową strzałę.
Nie musieliśmy długo czekać, by ta, która zaatakowała nas przy wejściu ukazała się, wchodząc do światła. Na pierwszy rzut oka wydawało się, iż nie różni się niczym od wszystkich mieszkańców królestwa. Smukła, wysoka, o płomiennych włosach.
- Kto to jest? – Od razu wymierzyła we mnie swój przepiękny, drewniany łuk ozdobiony metalowymi wzmocnieniami.
- Oto pani Żywia – przedstawił mnie z gracją godną podziwu. – Zwołaj wszystkich, Sambojo, nadszedł nasz czas.
- Tak jest. – Zasalutowała, by po chwili pojawić się znów, w towarzystwie pozostałych wykluczonych.
- Pani, poznaj proszę naszych towarzyszy. Rudowłosa, którą już poznałaś ,zwie się Samboja, ukrywa się, gdyż ludzie myślą, że pochodzi od nieczystych sił. Ten mały tutaj to Wszemił. – Wskazał małego chłopca. Miał dziesięć lat, gdy choroba bardzo zdeformowała jego ciało. – Może pokrzywiony i garbaty, ale bardzo szybki i zwinny. Jest naszym najlepszym zwiadowcą. 
Poza nimi poznałam także Mirmiła o jednym oku niczym węgiel, a drugim w kolorze nieba,  oraz Strzebora, któremu strażnicy odcięli kiedyś język, a na twarzy pozostawili głęboką bliznę, za kradzież jabłek ze straganu.

- Posilmy się, nim ruszymy w drogę – rzekł najmłodszy członek grupy, oświetlając całą salę.
Pomieszczenie nie było duże, lecz wysokie lustra dodawały przestrzeni. Na samym środku stały poniszczone manekiny wykonane ze słomy z lukami po grotach strzał lub dziurami po mieczach i sztyletach. Mężczyźni sprawnie uprzątnęli salę oraz przenieśli długi stół ukryty gdzieś w rogu, na którym od razu pojawiło się jadło i napoje.
- Jak zamierzamy odnaleźć Wybrańca? – zapytał Mirmił. – Potrafisz go wyczuć, pani?
- Nie – odrzekłam po chwili wahania. Nie umiałam go odnaleźć sama. – Ale wiem, kto potrafi. – Popatrzyłam po mych gospodarzach i zauważyłam w ich oczach rozczarowanie. Liczyli na mnie. Liczyli, że będzie to proste i krótkie zadanie.
- Ruszajmy zatem. – Podniósł się Falibor, nie tracąc entuzjazmu – Nie warto tracić czasu. Strzebor i Wszemił pójdą na zwiad, gdzie tylko rozkaże Żywia, a ja, Mirmił i Samboja zabierzemy sprzęt.
- Tak jest. – Zasalutowali wszyscy zgodnie, a ja wydałam rozkaz zwiadowcom, by szukali bogini Marzanny.
- Podążajcie za wojną. Tam, gdzie śmierć, tam znajdziecie Morenę – rzekłam smutno. Nie chciałam znów wdawać się z nią w zwadę, lecz świat jej potrzebował… Ja jej potrzebowałam.
- Mamy ją! – Wbiegli zdyszani po godzinie zwiadów. – Są w pobliskiej wiosce i kierują się na północ – dyszał Wszemir.
- Ruszajmy więc – zdecydowała Samboja. – Dotrzemy tam w chwilę, jeśli dostaniemy się do wierzchowców straży.
Nie trzeba było długo czekać na okaleczonego towarzysza, który podprowadził juczne konie strażnikom królestwa. Sprawnie dosiedliśmy ich, a ponieważ byliśmy ukryci pod płaszczami, udało nam się opuścić stolicę niezauważeni. Zgodnie ze wskazówkami zwiadowców dotarliśmy bez trudu do samotnego obozu. Była tam. Czułam to.
- Otoczyć obóz! Sambojo, bądź gotowa ze swym łukiem, Strzebor sztylety – zarządził Falibor, a cała kompania sprawnie wykonywała rozkazy przywódcy.
Zza drzew wychylił się wysoki brunet o silnej aurze. Przyjrzałam mu się bliżej, szukając czegoś znajomego w jego obliczu. Widziałam, że wyczuł zagrożenie. W jednej chwili dobył miecza i rzucił się w kierunku mego białego przyjaciela. Brzęk stali rozległ się w okolicy płosząc zwierzynę, a ptactwo jakby na zawołanie wzbiło się w powietrze wprawiając w ruch gałęzie drzew lub opuszczając swoją zdobyczną padlinę.
- Czego tu chcecie, dziwolągi? – zagrzmiał przybysz, siłując się z Faliborem.
- Nie twój interes! – odrzekł mój przyjaciel, a miecze na nowo zetknęły się ze sobą.
- Dosyć! – krzyknęła rudowłosa kobieta, posyłając strzałę w kierunku walczących mężczyzn. Grot strzały przeszył rękaw przybysza, raniąc lekko jego ramię. Dało to Faliborowi przewagę, by powalić przeciwnika i unieszkodliwić chociażby na chwilę. – Nie mamy czasu na takie potyczki, pajace! Znajdźmy Morenę i zabierajmy się stąd.
Za moimi plecami rozległ się krzyk. Wszemił z przerażeniem wskazywał palcem gdzieś przed siebie. Samboja stała bez ruchu, a jedynie jej twarz nabierała sinych kolorów. Dzielnie patrzyła w oczy powalonego mężczyzny, lecz czułam, że coś jest nie tak. Jej oczy zaszły krwią, a wokół szyi pojawiły się sine wybroczyny. Bez wątpienia dusiła się, a żaden z nas nie umiał jej pomóc. Krzyki Wszemiła oraz szarpanie Strzebora nic nie dały. Nagle z ust Samboi chlusnęła krew, a jej ciało osunęło się na ziemię.
- Nie żyje? – zapytał nasz napastnik, zrzucając z siebie Falibora. Widziałam, że był przerażony. Zdradzały to jego oczy. Krążył wokół ciała rudowłosej jak w transie, blady niczym śnieg.
 – Tym razem przesadziła – powiedział jakby do siebie. – Słyszysz? Tym razem przekroczyłaś granicę! – krzyknął w kierunku wysokiej brzozy.
Z gąszczu wyłoniła się wysoka kobieta, ubrana w czarny strój. Poznałam ją od razu.
- Przecież wiesz, że dla mnie jesteś najważniejszy. Nie przeżyje nikt, kto chociaż spróbuje cię skrzywdzić. – Kroczyła pewnie poprzez obóz. – Powinieneś się już przyzwyczaić do tego – rzuciła niedbale, mijając ciało Samboi bez większego zainteresowania, jakby wcale nie należało do człowieka. – Czemu zawdzięczam tę wątpliwą przyjemność ponownego spotkania, Żywio?
Zacisnęłam wargi czując, jak uwaga Moreny rozdrapuje naszą starą zwadę. Krew w moich żyłach pulsowała w złości, jednak byłam tu z konkretnego powodu i nie mogłam się teraz wycofać.
- Przybyłam, by zakopać topór wojenny, droga Moreno – cedziłam przez zęby. – Oraz prosić o twą pomoc.
- A dlaczego twierdzisz, że pragnę się pogodzić i pomóc w twej misji? Dlaczego dopiero teraz?
- A od kiedy ty, podróżujesz w towarzystwie? Zawsze sądziłam, iż wolisz przebywać w samotności.
- Nie twoja sprawa – prychnęła. – Ale chętnie posłucham ,o co mnie prosisz, Żywio.
- Przyszłam prosić o pomoc w znalezieniu Wybrańca. – Chociaż przychodziło mi to z trudem wiedziałam, że muszę to zrobić.
- Dobrze. Pomogę Ci. Ale pamiętaj, że nie ma nic za darmo na tym świecie – rzekła nadzwyczaj łagodnie.
- Jaka jest twoja propozycja, Moreno?
- Oddasz mi to, co dawno temu mi odebrałaś. Zdejmiesz ze mnie klątwę. – Popatrzyła na mnie swym pustym wzrokiem. 
Wiedziałam, że tego pragnie. Ale czy mogłam to zrobić? Czy mogłam na tyle jej zaufać? Z pewnością nie. Nie mogłam tak po prostu zdjąć klątwy, musiałam być pewna, że bogini zemsty nie podąży za nami. Wzięłam więc głęboki wdech i rozcinając swoją dłoń pozwoliłam, by tak, jak poprzednio krople krwi opadły na ziemie. Dotknęłam dłonią jej czoła i wymówiłam inkantację, której nauczył mnie Prastary Dąb. Gdy skończyłam, nad Moreną nie wisiała żadna klątwa. 
Lecz nie ma nic za darmo w tym świecie. Nie była przeklęta, ale nie była też już boginią.
_____________
Jak tak dalej pójdzie, to nie zobaczycie już żadnego rozdziału, bo Szal oraz Szur wpadną w kompleksy na punkcie kunsztu literackiego Szajbniętej i popełnią seppuku pałeczkami. Ewentualnie wykończą nas (wszystkie trzy) studia. Musicie więc nas porządnie zachęcić... na przykład jakąś opinią. W formie pisemnej.
Just sayin'.
Pozdrawiamy, SS&S