MORENA
Wróciliśmy z Niemirem do naszego obozu. Czułam rządzę mordu,
jakby takowa była wcześniej uśpiona w mym wnętrzu. Zbyt długo
kryłam swoje prawdziwe oblicze, zbyt długo pozwalałam pozostawać
przy życiu plugawcom, którymi gardziłam. Wbrew temu, co ludzie mi
przypisywali, nie radowało mnie bezsensowne mordowanie, zależało
mi jeno na sprawiedliwym korzystaniu z mych mocy. Dlaczego miałabym
utrzymywać przy życiu takie parszywe istoty, kiedy mogłam w zamian
ocalić inny żywot? Równowaga pozostałaby zachowana, a szlachetna
Żywia nie miałaby powodu, by kolejny raz pozbawić mnie namiastki
człowieczeństwa.
Wzdrygnęłam się, kiedy mój uśpiony dotychczas instynkt ostrzegł mnie, wyczułam chęć mordu, nim do niego doszło. Elfy nie miały skrupułów. Wyrżnęły niedobitki z ludzkiej wioski, ale nadal było im mało, więc zapragnęły wybić i krasnoludy. Gwizdnęłam na klacz, która pojawiła się jakby ze mgły. Zdezorientowany Niemir szybko dosiadł jednego z koni przywiązanych do wozu. Nie obejrzałam się na niego. Popędziłam klacz i gnałam ku osadzie, w której żyły wierne mi istoty - jedyne, które nadal mnie czciły. Może i byłam trochę samolubna, pragnąc ich atencji, jednakowoż był to instynkt przetrwania. Jedynie wiara w nas pozwalała nam nadal stąpać po ziemi. Gwałtownym gestem zatrzymałam klacz i zeskoczyłam z jej grzbietu. Elfy stały w zwartych, stosunkowo małych oddziałach w cieniu drzew. Słońce leniwie kryło się za horyzontem, a w powietrzu czuło się chłodny powiew wieczora. Czekałam, aż któreś ze stworzonych, wydartą mi przemocą, krwią istot zrobi fałszywy ruch. Czekałam, żeby elfy dały mi powód, abym mogła zmieść je z powierzchni ziemi. Były mi zupełnie obojętne i zostało by tak nadal, gdyby nie pchały się ze swoimi jałowymi roszczeniami do posiadania ziemi na tereny mi drogie. Kilka uderzeń serca później zjawił się Niemir. Jego gniadosz upadł, raniony strzałą. Chłopak uderzył w ziemię z głuchym łoskotem. Nie podniósł się, impet był zbyt duży i wypchnął z jego płuc całe powietrze. Krew się we mnie zagotowała. Pstryknęłam palcami i elf, który puścił strzałę upadł ze złamanym karkiem. Tak właśnie kończą śmiałkowie, którzy targają się na życie drogich mi osób. Niemir podniósł się i nawet z oddali mogłam zauważyć, iż utyka lekko. Byłam pewna, że moje oczy świecą tak intensywny, czerwonym blaskiem, jakiego dawno nie widział świat. Czułam, jakby cała tłamszona natura części zwanej Marzanną, wydostała się i szukała ujścia.
- Daję wam wybór! - krzyknęłam w kierunku elfów. - Zabierzcie
się stąd i nigdy nie powracajcie, a pozwolę wam ujść z życiem.
- Z kogóż się uważasz, dziewko, by straszyć istoty, które swe
pochodzenie zawdzięczają żywiołom? - zarechotał jeden z nich.
- Za waszą zgubę – odrzekłam lodowato, a on padł, krztusząc
się własną krwią.
- Ty może i jesteś nieśmiertelna, ale ta słaba człeczyna już
nie – rzekł, jak mi się wydawało, przywódca.
Elfy napięły cięciwy łuków i wycelowały w Niemira, który
pobladł z lękiem na twarzy.
- Tak jak i wy – rzekłam z gniewem.
Nikt nie będzie próbował mi go odebrać. Wykonałam gest, jakbym
chciała odgonić natrętnego owada i cały zastęp łuczników padł
martwy. W pozostałych elfach wyczułam chęć odwrotu. Wolnym,
pewnym krokiem przemieściłam się tak, aby skryć Niemira za swoimi
plecami. Chłopak zadrżał, kiedy ujrzał mnie z bliska.
- Daję wam ostatnią szansę, aby ujść z życiem. – Spojrzałam
prosto w oczy przywódcy. - Zastanówcie się, czy kolejny raz
pragniecie ze mną zadrzeć.
Wczułam go za sobą. Wysłali skrytobójcę, łudząc się, iż
odwrócą mą uwagę czczą gadaniną. Odwróciłam się w mgnieniu
oka i szarpnęłam elfa za włosy, nim zdążył chociażby tknąć
ostrzem swego sztyletu Niemira. Zmusiłam go, by stanął przed
swoimi współbraćmi, z jego własną bronią przytkniętą do skóry
szyi.
- Dałam wam wybór – powiedziałam i tupnęłam nogą.
Wszyscy, poza elfem, którego trzymałam, padli martwi. Skrytobójca
szarpał się lekko. Odepchnęłam go tak, że upadł przede mną na
ziemię. Był młody, miał smukłą twarz, charakterystyczną dla
istot mu podobnych. Jego długie do ramion włosy miały lekko
srebrny odcień. Zrobiłam krok w jego stronę, a on odczołgał się
kawałek. Wyczułam jego strach, dziwny, jakby zbyt ludzki dla
elfa. Stanęłam nad nim i kopnięciem odwróciłam go na plecy.
Przydepnęłam jego dłoń. Z jego ust wydobył się bliżej
nieokreślony jęk.
- Zabijesz go? - Za moimi plecami pojawił się Niemir.
- Chcesz, abym to zrobiła? - spytałam.
Elf starał się wyswobodzić swoją dłoń, ale ja tylko
przydepnęłam ją mocniej. Znowu ni to jęknął, ni to zacharczał.
- Nie. – Niemir dotknął niepewnie mojego ramienia. - Już dostali
nauczkę, że z tobą się nie zadziera.
Odwróciłam się w stronę chłopaka, zdejmując but z dłoni elfa,
który przycisnął ją od razu do piersi. Przeistoczyłam się w
Dziewannę i delikatnie musnęłam dłonią policzek Niemira. Chłopak
przymknął oczy. Przestał kuśtykać, moja moc uleczyła jego nogę.
Zwróciłam swoje oblicze do elfa, który znowu odsunął się
odrobinę. Przyklęknęłam, unieruchamiając jego ramiona moimi
kolanami. Dygotał ze strachu.
- Jak się nazywasz? - spytałam cicho.
Głos Dziewanny był dźwięczny, bardziej przyjemny dla ucha. Elf
zaprzeczył ruchem głowy. Jego oczy miały kolor burzowego nieba.
Wiedziałam, że przybierają taką barwę jedynie u elfów
władających powietrzem i jedynie pod wpływem silnych emocji. Żadna nie była przeto silniejsza od strachu.
- Moreno? - Niemir przykucnął obok mnie. - Powinnaś go puścić. – Nie patrzył na mnie, ale zauważyłam lekką niechęć w jego
spojrzeniu.
- Zrobię to – rzekłam, przesunęłam się lekko i elf ponowie
wydał z siebie ten dźwięk.
Doznałam olśnienia. Nie mógł mi odpowiedzieć nawet, gdyby tego
zapragnął, ponieważ jego język został odcięty. Elfy kaleczyły
tak swych skrytobójców, aby byli lepsi. Poczynione przeze mnie
plany legły w gruzach.
- Jak masz powiedzieć swym pobratymcom, że powinni się mnie lękać,
skoro nie potrafisz mówić? - spytałam go cicho.
Niemir przenosił wzrok to na elfa, to na mnie. Wzdrygnął się,
kiedy sięgnęłam po sztylet. Ważyłam go chwilę w dłoni i
położyłam z powrotem na ziemię. Ujęłam twarz elfa w dłonie,
stanowczo, lecz tak, by nie uczynić mu krzywdy. Ostrożnie przelałam
swoją moc w jego ciało, nie nazbyt szybko, bo proces, jak zwykle
był bolesny. Elf próbował się wyrwać, z jego oczu popłynęły
łzy, odgiął głowę ku tyłowi i krzyknął. Zabrałam dłonie z
jego twarzy. Dygotał na przemian zaciskając i rozluźniając
pięści.
- Ból zaraz minie – zwróciłam się do niego.
- Co mu uczyniłaś? - głos Niemira był bezbarwny.
- Przywróciłam mu zdolność mówienia, więc może teraz podzieli
się ze mną swym mianem – rzekłam lodowatym głosem.
- Camden. – Elf wypowiedział swoje imię ostrożnie, powoli.
Zsunęłam się z niego. Sięgnęłam jego sztyletu i płynnym ruchem
obcięłam jego włosy prawie przy samej skórze. Następnie wstałam
i podeszłam do mej klaczy. Pogłaskałam ją po chrapach i umościłam
się na jej grzbiecie. W myślach przywołałam jabłkowitą klacz
dla Niemira.
- Nie pozwól, by ponownie ci go wydarli, Camdenie – rzekłam i
popędziłam ku obozowi.
Niemir prędko mnie doścignął. Jechaliśmy w milczeniu.
Wiedziałam, że tamta ja, prawdziwa ja, to było dla niego zbyt
wiele. Nie winiłam go, nigdy nie obiecywałam, że będę kimś
innym, obiecałam jeno, iż nie dam go skrzywdzić.
Obróciłam w dłoni kosmyk włosów elfa, którego puściłam wolno. Wyjęłam z sakiewki drobny medalion i otworzyłam go. W środku było miejsce pozwalające umieścić dwa kosmyki. Jedno z nich było zajęte przez włosy Niemira, na drugim umieściłam te Camdena. Medalion był magiczny, wykuty przez krasnoludy i obdarzony mocą przez Welesa. Pozwalał mi wiedzieć, gdzie właściciele włosów są w każdej chwili. Nie sprawiał, iż wiedziałam z kim są oraz co czynią, ale sprawiał, iż byłam pewna, co do miejsca ich pobytu. Ta wiedza pozwalała mi spokojnie sypiać i nie budzić się z lękiem, gdy Niemir udawał się o świcie na polowanie, nie budząc mnie uprzednio. I bez niego potrafiłam sobie radzić, gdyż jako jedyna bogini potrafiłam zlokalizować każdą istotę, nie wykluczając elfów, stworzonych z mej krwi, które znały tajniki ukrywania się przed innymi bóstwami. Jednak potrzebowałam do tego spokoju i skupienia. Medalion po prostu był i działał, to dawało mu przewagę nad wszelkie inne moce.
EITHNE
- Zrobione.
Komandor
nawet nie odwrócił się, gdy stanęłam za nim, gotowa zdać
raport.
- Co
zrobiłaś z ciałem?
- To,
co zwykle – odpowiedziałam. Lorelei nie była pierwszym elfem, którego
zabiłam na jego polecenie.
Byłam
gotowa zrobić dla niego wszystko. Czasem miałam wrażenie, że
wykorzystuje ten fakt, o ile zdawał sobie z tego sprawę.
Ale
pragnęłam być przez niego wykorzystywana. Jeżeli to tylko
oznaczało czas spędzony w jego obecności.
-
Doskonale. Cierpiała? - Odwrócił się do mnie z jakimś dokumentem
w ręce. Jego oczy były w tym momencie czarne, ale coś skrzyło
się na granicy tęczówek.
- A
miała cierpieć? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
-
Nie – odrzekł krótko. - Niczym nie zawiniła.
-
Ale i tak musiała zginąć – wyrwało mi się, nim zdołałam się
powstrzymać.
Nie
powinnam była tego mówić. To było zbyt miękkie, zbyt uczuciowe.
Zbyt…
Zbyt
ludzkie.
Odgoniłam
prędko tę myśl, a komandor podszedł bliżej mnie, odkładając
dokument na biurko.
-
Eithne – powiedział cicho, unosząc dwoma smukłymi palcami moją
brodę ku swojej twarzy. - Dobrze postąpiłaś. Tak trzeba było.
W
jego oczach dostrzegłam pojedyncze zielone i niebieskie iskry. Nie
musiałam patrzeć w lustro, by dostrzec, że moje własne przyjęły
wówczas barwę błękitnego nieba. To spojrzenie, którym mnie
obdarzył, było tym, czego tak pożądałam, o czymś śniłam i do
czego dążyłam.
-
Dziękuję, komandorze. - Nie uciekłam wzrokiem. Świdrowałam go
spojrzeniem niemniej, niż on mnie. Tak mocno, że aż zaczęły piec
mnie oczy.
-
Nie zawiodłaś mnie, Eithne. Myślę, że możemy porzucić tę
wydumaną formę grzecznościową i możesz zacząć mówić mi po
imieniu. - Niebieskie iskry w jego oczach nabrały intensywności.
-
Nie wiem, czy to właściwe, komandorze. - Próbowałam zaprzeczyć
ruchem głowy, on jednak nie pozwolił mi odwrócić wzroku.
-
Gaeth – powiedział stanowczo.
-
Gaeth – powtórzyłam za nim, a jego imię w moich ustach
zabrzmiało jak westchnienie.
-
Dobrze – pochwalił mnie, obdarzając uśmiechem, od którego
dreszcz przebiegł mi po plecach.
W
relacjach między przedstawicielami naszej rasy nie było miejsca na
uczucia. Uczucia były nam obce, targały nami jedynie żądze i
pragnienia. To na nich opierały się wszystkie nasze relacje, a
jednymi uczuciami, które zdarzało nam się odczuwać były strach i
gniew, zapewne ze względu na swój pierwotny, dziki charakter.
Byliśmy
istotami o wiele bardziej pierwotnymi, niż skłonni byliśmy to
przyznać.
- A
teraz, Eithne – wyszeptał z ustami tuż przy moim uchu. - Teraz
chciałbym, żebyś ruszyła na poszukiwanie Wybrańca.
-
Chcesz go dostać… żywego? - zapytałam niewiele głośniej.
-
Możesz mi nawet przynieść jego głowę, interesuje mnie tylko, by
to ścierwo zdechło, nim ktokolwiek wpadnie na pomysł, by posadzić
go na tronie. - Jego twarz wykrzywił grymas gniewu. - Idź już,
czas na ciebie, Eithne. - Nagle, bez powodu odsunął mnie od siebie.
-
Gaeth…
-
Idź – powtórzył ostrzej, a ja musiałam pogodzić się z myślą,
że ta chwila bliskości była jedynym, na co mogłam liczyć.
Lecz
może jeżeli wywiążę się z zadania…
Zmierzając
do swojej kwatery wpadłam nagle na elfa znanego mi ledwie z
widzenia.
-
Eithne. Widziałaś Lorelei? Ponoć była z tobą ostatnio na
zwiadzie…
Nie
znałam jego imienia, ale poznałam go po ciemnozielonych włosach
sięgających pasa i oczach zabarwionych obecnie na brunatno. Tak
elfy władające ziemią okazywały strach. Lękał się o swą
partnerkę, której nie mógł nigdzie odnaleźć. Choć była
jeszcze młoda, być może to właśnie z nim za kilkadziesiąt lat
spędziłaby Święto Ziemi. Rzadko zdarzało się, by osobniki
będące na co dzień partnerami łączyły się podczas cyklicznych
rytuałów płodności.
Nasze
więzi niewiele miały wspólnego z miłością, która była domeną
ludzi.
A
jednak martwił się o nią. Jakby nie powodowała nim jedynie chęć
zaznania z nią kilku chwil cielesnej przyjemności. Zaspokojenia
pragnień, wokół których budowaliśmy swoje relacje.
-
Pojechała patrolować zachodnią granicę – odpowiedziałam bez
mrugnięcia okiem.
Za
kilka dni ktoś odkryje jej ciało rozszarpane przez dzikie
zwierzęta, gnijące powoli, oblepione chmarą much, żerujących na
sercu, mózgu i trzewiach. Ślady zaprowadzą ich ku najbliższej
ludzkiej sadybie, która pozna gniew jej pobratymców.
I
nikt, naprawdę nikt, nie dowie się, co tak naprawdę się
wydarzyło.
-
Kiedy wróci? - dopytywał dalej.
-
Musisz uzbroić się w cierpliwość. To odpowiedzialna misja –
upomniałam go surowo, a on skłonił mi się, przypominając sobie
nagle, że w naszej hierarchii znajduję się o wiele wyżej od
niego.
Kiedy
mnie minął, naszła mnie myśl, czy gdybym zginęła podczas
którejś z moich licznych misji…
Czy
ktokolwiek próbowałby mnie pomścić? Czy ktokolwiek przywiązałby
wagę do mojego straconego życia?
Nie
znalazłam odpowiedzi na to pytanie, nie pozostało mi więc nic
innego, prócz przygotowania się do poszukiwań Wybrańca.
Jeżeli
wierzył w bogów, już powinien zacząć się do nich modlić.
Bowiem już wkrótce czekało go spotkanie z Welesem.
ŻYWIA
Mury
królestwa chociaż mocne, wydawały się na pierwszy rzut oka delikatne, i lekkie,
a gdzieniegdzie wieże strażnicze wspinały się ku niebu i strzegły przed nieprzyjacielem. Sama zastanawiałam się nad
swoim celem, stojąc przed masywną bramą miasta. Drzwi były masywne, wykonane z
ciemnego drewna, a w mroku pozostawały zupełnie niewidoczne, dając wędrowcom
złudzenie pustej przestrzeni. Metalowe kraty, chociaż rzadko opuszczane, dawały
dodatkową przewagę kruchej rasie ludzi. Lecz teraz potrzebowałam dokładnie
zaplanować każdy kolejny ruch. Musiałam być ostrożna, gdzieś w ciemnych
uliczkach czaili się szpiedzy gotowi, by w każdej chwili donieść swym
zleceniodawcom o wszelkich podejrzeniach.
Owinęłam się szczelniej swym starym płaszczem i po raz pierwszy przekroczyłam granicę ludzkiego królestwa. W moje oczy od razu rzuciły się stragany pełne pachnących warzyw i owoców, ozdobione kolorowymi płótnami. Gwar stwarzał wrażenie ciepła i bezpieczeństwa, a mieszkańcy przyjaźnie rozmawiali między sobą i pozdrawiali się. Chociaż nie byli ubrani w najpiękniejsze stroje, wydawało się że żyli w dostatku. Mijałam tłumy ludzi, a w mojej głowie pojawiła się myśl, że znałam wszystkich. Znałam każde ziarenko życia, które stworzyłam przy Fontannie Życia. Każde imię, każde przeznaczenie krążyło niczym aura wokół nich. Niektóre były jasne niczym słońce, a inne tliły się lekko, niczym gasnąca świeca. W dali nad wszystkimi kamiennymi domami rósł ogromny zamek, zbudowany z cegieł piął się pod niebo swymi strzelistymi wieżami, a nad nimi radośnie trzepotały niebiesko - złote flagi. Dopiero wtedy zauważyłam najeżone strażnikami zaułki. Niektórzy obserwowali wszystko czujnym wzrokiem, niektórzy patrolowali miasto, a inni znów pomagali potrzebującym. Jeden z nich, ubrany był w lśniącą zbroję i uzbrojony w miecz, podszedł do mnie. - Witaj pani, czyżbyś się zgubiła? – zapytał miękkim, ciepłym głosem. Nazywał się Dziebor. - Witam. – Dygnęłam nieśmiało. – Tak, pierwszy raz zawitałam do tego królestwa. - Skąd więc przybyłaś? – Ukłonił się przede mną. - Z wioski, panie, dwa dni drogi stąd – szeptałam przestraszona. Nigdy nie kłamałam, lecz wtedy była to konieczność. - Czy zostaliście zaatakowani przez elfy pani? Nie masz się tu czego obawiać. Nasz władca, Vierys V, otacza opieką wszystkich, którzy zbiegli naszym wrogom. Pozwól zatem, iż odprowadzę cię, pani, do bezpiecznego miejsca. - Oczywiście. – Dygnęłam przed nim kolejny raz. Moje kłamstwo wydało się prawdopodobne strażnikowi, więc o niego byłam już spokojna. Teraz mogłam skupić się na odnalezieniu Wybrańca, tego, który miał zakończyć wojnę na świecie. Próbowałam go wyczuć, lecz na próżno, a sam Dziebor zaprowadził mnie do gospody. Budynek był zbudowany z jasnego drewna, a jego dach ze strzechy przypominał mi dawne dzieje. W środku było gwarno. Goście śmiali się, prowadzili rozmowy przy piwie i jadle. W kamiennym kominku płonął ogień, żywioł boga Swarożyca, a ściany ozdobione były obrazami i skórami dzikiej zwierzyny. - Och witaj, biedne dziecię – powitała mnie kobieta o włosach szarych niczym popiół, a oczach zielonych i bystrych. – Ogrzej się przy ogniu, a ja przyniosę ci strawę. Usadowiła mnie blisko źródła ciepła, a sama żwawo wróciła do mnie z półmiskiem mięs. W Gaju nigdy nie jadłam zwierzęcego mięsa. Prastary tego zabraniał, zawsze szumiał, że każde stworzenie musi żyć tak długo, jak każe jego przeznaczenie. Jednakże woń, jaką roztaczało jadło przyniesione przez gospodynię sprawiało, że ślina sama napłynęła do moich ust. - Och, musisz być bardzo zmęczona. – Przysiadła się do mnie. Jej aura lśniła najjaśniej w całej gospodzie. – Dostaniesz pokój wraz z innymi przyjezdnymi. – Dopiero wtedy zauważyłam, że bacznie się mi przygląda. Jakby szukała czegoś znajomego w moim obliczu. - Stokrotne dzięki, pani. – Skłoniłam się uprzejmie, kuszona wonią jadła przede mną. - Mów mi Agatha, dziecino. – Uśmiech wkroczył na jej usta. – Nie dla mnie szlacheckie tytuły. A teraz jedz, potrzebujesz dużo sił. Mięso zwierzyny okazało się zbawieniem dla mojego strudzonego ciała, a piwo lekiem na mój zmęczony umysł. Gdy tylko skończyłam swój posiłek, stara Agatha zaprowadziła mnie na piętro gospody. Pod dachem ze strzechy mieściło się wiele drzwi. Prowadziły one do pokoi, w których schronili się także inni ocaleni przed wojną. Gospodyni przydzieliła mi pokój wraz z kilkoma innymi kobietami. Chociaż mały, był przytulny i ciepły. Łoża zasłane świeżą pościelą ozdabiały ręcznie robione, wełniane koce. Życzyłam Agathcie spokojnej nocy i ułożyłam się na nie używanym łożu. Chciałam swoją mocą wyczuć Wybrańca, lecz nie potrafiłam. Musiał być bardzo daleko. Skupiłam się więc na aurach każdego przebywającego w tym mieście, gdy po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłam swoją głowę i ujrzałam młodzieńca. Wysoki blondyn stał oparty o drzwi i wpatrywał się we mnie czerwonymi oczami. Znałam go, lecz jego aura nie była zbyt silna. Niewzruszony obracał w swych smukłych dłoniach inkrustowany sztylet. - Witaj, Żywio – odezwał się wysokim, lecz pewnym głosem. – Zapewne wiesz, jaki jest cel mej dzisiejszej wizyty? - Owszem. – Wpatrywałam się w jego oblicze. Faktycznie znałam jego przeznaczenie. - Powiedz zatem, czy jesteś w stanie oddać za mnie swój żywot? - Jestem – odpowiedział bez zawahania. - Czy jesteś w stanie poświęcić wszystko co kochasz, by pomóc w mej misji? - Jestem. – Padła pewna odpowiedź. - Czy jesteś w stanie dla mnie zabić ? Zapadła chwila ciszy, którą przerywał jedynie nasz oddech i świst wiatru za oknem. Wiedziałam, że się waha. Nigdy wcześniej tego przecież nie robił. - Tak.
EITHNE
Poszukiwania
Wybrańca rozpoczęliśmy w okolicy spalonej niedawno ludzkiej
wioski. Leżała po przeciwnej stronie naszego królestwa niż ta, w
okolicach której porzuciłam zwłoki Lorelei. Chciałam złapać
trop, przywyknąć do ludzkiego zapachu, przesiąknąć nim, by móc
poczuć później tę nutkę boskości, którą bez wątpienia
charakteryzował się Wybraniec. Z jego powodu wezbrała tęczowa
fala na Łzie, nie mógł być taki sam, jak inni ludzie. Był
bardziej jak… my.
Była
to bardzo niezręczna myśl, ale niestety prawdziwa. Wyróżniał się
spośród innych ludzi, nosił na sobie boski ślad, został
naznaczony przez wolę Doli. Aby go wyczuć, musiałam najpierw
poczuć ludzki smród, otoczyć się nim, by mieć porównanie.
Meandr
i Irilla mieli przydzielony dziś patrol, ich obecność w naszej
małej wyprawie nie była mi więc dziwna. Lepszy pożytek miałabym
z elfów ziemi, ale ta dwójka władająca wodą też nie była
najgorsza, choć rzadko miałam okazję z nimi polować. Natomiast
czwarty uczestnik naszej wyprawy…
Zdziwiłam
się, widząc na polanie przed kwaterami Siabora. Nie wiedziałam,
czego kapłan mógłby tutaj szukać. Zawsze czułam respekt przed
ognistymi elfami, nie inaczej było w przypadku Siabora. Kiedy więc
oznajmił, że idzie z nami poczułam niepokój, poczułam się…
zagrożona. Był w hierarchii wyżej ode mnie, a to ja dowodziłam tą
wyprawą, to mnie powierzono to zadanie.
To
mnie Gaeth je powierzył.
Siabor
jednak nie miał złych intencji. Chciał mnie wesprzeć. Z całej
trójki tylko on wiedział, co tak naprawdę jest obiektem naszego
polowania. Został przysłany przez komandora, co przez krótki
moment zasugerowało mi, że ten mi nie ufa, odepchnęłam tę
myśl jednak czym prędzej.
-
Nic tutaj nie ma – oznajmił kapłan, gdy stanęliśmy na brzegu
wioski. Zgliszcza żarzyły się jeszcze miejscami.
- Bo
nie miało nic tutaj być – odparłam, rozglądając się.
Meandr
zmarszczył nos, czując wszechobecny ludzki zapach. Ja zaciągnęłam
się nim, czując jak oblepia każdy centymetr mojego ciała niczym
druga skóra. Irilla splunęła, kopiąc wzgardliwie jakiś porzucony
w pośpiechu przedmiot. Siabor jedynie lustrował otoczenie wzrokiem,
a pomiędzy opuszkami jego palców przeskakiwały iskry – znak, że
korzysta ze swojej magii.
-
Nie ma go tutaj – powtórzył, jakby moje słowa do niego nie
dotarły.
-
Nie po to tu jesteśmy – odparłam spokojnie. - Tędy.
Żadne
z nich nie zapytało, dlaczego podjęłam taką decyzję.
Poprowadziłam
ich w las, kierunek obierając jedynie w oparciu o przeczucie.
Otaczał mnie ludzki zapach, którym przesiąkłam. Nie było
żadnych racjonalnych przesłanek, by Wybrańca szukać akurat w tej
części lasu, tej części świata. Mógł przecież być
gdziekolwiek, mógł mieszkać w którymś z ludzkich miast.
Nie
bez powodu jednak byłam jednym z lepszych łowców, nie bez powodu
zostałam zastępcą samego komandora.
Minęło
kilka godzin, gdy trafiliśmy na wnyki. Ludzki wynalazek, prymitywna
forma polowania na zwierzynę. Oznaczało to jedynie, że zbliżamy
się do terenów zasiedlonych przez ludzi. Ci ukrywający się na
naszych terenach nie mieli śmiałości polować w naszych lasach z
pomocą pułapek. Zbyt łatwo było ich potem wyśledzić… i zabić.
-
Jest tutaj? - Słowa Siabora tak naprawdę nie były pytaniem, mimo
to skinęłam głową. Irilla założyła strzałę na cięciwę,
odwiodłam ją jednak od tego krótkim gestem.
-
Chcę go złapać żywego.
- Po
co? - zdziwił się Meandr. - Kim on w ogóle jest?
-
Kimś, kogo mamy za zadanie zgładzić – odpowiedziałam. - Ale
chcę patrzeć mu w oczy, widzieć, jak wycieka z niego życie. -
Przymknęłam oczy, wsłuchując się w szum wiatru. Było w nim coś…
innego. - Już niedaleko.
Chciałam
ruszyć przed siebie, ale Siabor powstrzymał mnie łagodnym, acz
zdecydowanym gestem.
-
Musimy wracać.
Zmarszczyłam
brwi, a on w odpowiedzi pokazał mi ognisty obraz, który przed chwilą otrzymał.
Sposób komunikacji dostępny jedynie dla elfów ognia. Spojrzałam w
taflę płomieni, którą przede mną roztoczył i ujrzałam jednego
z moich braci, elfów powietrza. Jego włosy były ścięte na ludzką
modłę.
Ścięcie
włosów było jednym z najgorszych sposobów na napiętnowanie
naszej rasy. To było coś, co odróżniało nas od ludzi, którzy w
wieku pięciu lat po raz pierwszy strzygli swoje dzieci. Był też to
wiek, w którym najpóźniej ludzkie dzieci mogły zostać poddane
Rytuałowi. Do tego momentu nie różniły się niczym od nas,
dopiero potem otrzymywały imię, stawały się chłopcem, bądź
dziewczynką. A do momentu ścięcia włosów mogły stać się także
jednym z nas.
Obcięcie
elfowi włosów było niczym… okaleczenie. Próba uczłowieczenia
go, upodlenia. Złamania.
To
była wiadomość dla nas.
-
Kto…? - wykrztusiłam, odwracając wzrok. Nie znałam tego
konkretnego elfa, wiedziałam tylko, że był jednym ze skrytobójców,
jednak dobrze wiedziałam, że nie miał już czego szukać w naszej
społeczności. Teoretycznie nie został przez nikogo wykluczony, ale
wątpliwe było, by spotkał się z serdecznym przyjęciem. Prędzej
czy później sam odejdzie.
-
Krążą plotki o tym, że na ziemiach śmiertelników pojawiła się
Morena – odpowiedział Siabor. - Musimy iść, Eithne. Król…
-
Mam rozkazy od komandora – przerwałam mu ostro. - Nasz cel jest na
wyciągnięcie ręki, nie mogę teraz zrezygnować.
-
Rozkaz od króla – powtórzył stanowczo kapłan. Irilla i Meandr
obserwowali nas bez słowa, bojąc się choćby odezwać. -
Nie możesz zignorować rozkazu władcy.
-
Otrzymuję rozkazy bezpośrednio od komandora. To on wyznacza cele
polowań, podlegam tylko i wyłącznie jemu – odpowiedziałam
chłodno. - Zapolowanie na boginię moru wymaga skrupulatnych
przygotowań, jeżeli uważacie, że podołacie, to dołączcie do
pościgu. Ja nie mam zamiaru porywać się z motyką na słońce,
zwłaszcza, że mam tutaj coś do zrobienia.
- To
rażąca niesubordynacja – wyrzucił z siebie Siabor z oburzeniem.
-
Nie ty za nią odpowiesz. Idźcie już, nie przeszkadzajcie mi w
mojej misji, skoro nie macie zamiaru mi w niej pomóc. – Odprawiłam
gestem Meandra i Irillę, a elf ognia jeszcze dłuższą chwilą
mierzył się ze mną wzrokiem.
-
Gaeth nie jest królem – powiedział w końcu spokojnie. - Choć
bardzo by chciał. Uważaj, wobec kogo jesteś lojalna, bo od tego
może zależeć twoje życie, Eithne.
-
Wiesz, na kogo poluję, prawda? - odpowiedziałam mu twardym
spojrzeniem. - Wiesz więc, jak wielka odpowiedzialność na mnie
ciąży. Może i jest tylko nędznym człowiekiem, ale człowiekiem
przez którego wezbrała tęczowa fala na Łzie. Nie lekceważ go,
Siaborze.
- A
ty nie lekceważ królewskich rozkazów, naprawdę możesz na tym
kiepsko wyjść.
Skinęłam
głową.
-
Powodzenia z Moreną. Liczę, że opowiesz mi potem wszystko… O ile
uda ci się przeżyć – rzuciłam, nim zniknęłam mu z oczu,
pochwycając gwałtowny podmuch wiatru, który zabrał mnie na brzeg
niezbyt oddalonego urwiska.
Jeżeli
król sądził, że puszczenie czteroosobowego oddziału tropiącego
w celu zgładzenia bogini ma jakiekolwiek szanse powodzenia, to był
głupcem i nie omieszkałabym powiedzieć mu to prosto w twarz, gdyby
trafiła się taka okazja. Odpowiadałam jednak tylko przed
komandorem, a on kazał mi za wszelką cenę zgładzić Wybrańca.
Wybrańca,
który stał teraz przede mną z krótkim nożem do oprawiania
zwierzyny w dłoni, zupełnie zdezorientowany moim pojawieniem się.
Krew jelenia skapywała na kamienie, a przestrzeń między nami
wypełniał cichy śpiew ptaków.
Przez
bardzo długą chwilę wpatrywaliśmy się w siebie bez słowa. Był
wysoki, chyba dość przystojny, jak na ludzkie standardy. Jasne,
lekko kręcone włosy opadały mu na pełne zaskoczenia niebieskie
oczy. Zaskoczenia, jednak nie strachu.
Cóż,
godne podziwu, naprawdę.
-
Jakieś ostatnie słowo, nim rozpłatam ci gardło? - zapytałam
cicho, sięgając po swój sztylet.
-
Nic złego ci nie zrobiłem – odpowiedział dziwnie spokojnie,
robiąc krok w tył i prostując się nieco. Patrzył mi prosto w
oczy, bez strachu. - To nasze ziemie, mam prawo tutaj polować.
-
Nie masz do niczego prawa, człowieku – warknęłam, jednym ruchem
przeskakując nad truchłem jelenia. Wybraniec rzucił się do tyłu
zaskoczony moim nagłym ruchem, wyciągając przed siebie nóż.
Ostrze,
które nie miało najmniejszych szans z moim sztyletem. Nawet gdyby
ten spoczywał w o wiele mniej sprawnych dłoniach, niż moje własne.
-
Daj mi odejść w spokoju, nic mnie nie obchodzą wasze wojny. -
Mężczyzna odzyskał panowanie nad sobą, wyciągając w moją
stronę uspokajająco rękę, tę bez noża. - Odejdę i nigdy więcej
mnie nie zobaczysz, tylko pozwól mi odejść, proszę.
Było
coś takiego w jego spojrzeniu…
-
Nie mogę, przykro mi – odpowiedziałam chłodno. Naprawdę było
mi przykro, choć przecież nie powinno tak być.
Ale
rozkaz, to rozkaz. A rozkaz od komandora to coś jeszcze
ważniejszego.
Moje
ruchy były zbyt szybkie, by ludzkie oko mogło je uchwycić. A mimo
to Wybraniec zdążył się uchylić przed moim ciosem, mimo iż
dzieliła nas tak niewielka odległość. Nie spodziewałam się, że
chybię, siła ciosu pociągnęła mnie do przodu. Zachwiałam się
na krawędzi przepaści, jednak odzyskałam równowagę i odwróciłam
się o sto osiemdziesiąt stopni, jeszcze bardziej żądna jego krwi.
-
Możesz. Przecież tak naprawdę nic nas nie różni. - Jego upór
był naprawdę zadziwiający. Nie mogłam się zdecydować, czy to,
co robił było ogromną głupotą, czy ogromną odwagą.
Skłaniałabym się jednak ku temu pierwszemu. - Jestem myśliwym,
więcej czasu spędzam wśród zwierząt, niż wśród ludzi. -
Postąpił krok w moją stronę. Rękę z nożem opuścił na dół,
jakby próbował mnie… obłaskawić?
- Ty
polujesz na zwierzęta. Ja poluję na ciebie i tobie podobnych –
odwarknęłam, przerzucając sztylet do drugiej ręki. Jego czubek
zataczał niewielkie ósemki, które mężczyzna śledził wzrokiem.
-
Jeśli chcesz mnie zabić, to zrób to szybko. Oboje wiemy, że nie
mam z tobą żadnych szans – odezwał się nagle, robiąc duży
krok w moją stronę i rozłożył ręce na boki, jakby w geście
poddania się.
Zaskoczył
mnie tym gestem. Tak bardzo, że aż odchyliłam się lekko do tyłu,
przeniosłam ciężar ciała z palców na pięty. Minimalny ruch, to
jednak wystarczyło, by ziemia nagle osunęła mi się spod nóg. Z
ust wyrwał mi się krótki okrzyk, kiedy nagle moje ciało opadło
dwa metry w dół. Drapnęłam paznokciami skałę, nie udało mi się
jednak jej złapać. Coś jednak powstrzymało grawitację przed
roztrzaskaniem mojego ciała o dno wąwozu.
I
nie był to wiatr, którego podmuchu nawet nie zdążyłam zawezwać.
-
Nie próbuj mnie teraz zabijać, to może uda mi się cię wciągnąć.
Jego
głos wyrwał mnie z osłupienia i zauważyłam jego palce zaciśnięte
mocno na moim nadgarstku. Przeniosłam spojrzenie na jego twarz,
przesłoniętą kosmykami jasnych włosów. W jego oczach dostrzegłam
niepokój, jakby się martwił… o mnie?
-
Trzymaj się mocno, złap mnie drugą ręką… tylko schowaj ten
tasak, okej? - Uśmiechnął się kącikiem ust, a w jego oczach
dostrzegłam psotne iskierki.
Zmrużyłam
oczy i wsadziłam sztylet za pasek, po czym złapałam go tą ręką
za przedramię. Stęknął cicho, zapierając się, by podciągnąć
mnie do góry. Poszukałam oparcia dla stopy, by ułatwić mu to
zadanie. Poczułam wiatr rozwiewający mi włosy, wykorzystałam więc
ten podmuch i już chwilę później leżałam na brzuchu na brzegu
urwiska. Mężczyzna leżał obok mnie, na plecach, dysząc ciężko,
nieco umazany błotem na twarzy.
Uniósł
się na łokciach i przyjrzał mi się ciekawie. Odpowiedziałam mu
tym samym, odgarniając włosy z twarzy. Był mniej więcej w moim
wieku… przeliczając oczywiście na ludzkie lata. Według ich miary
miałam około dwudziestu lat, on wydawał się niewiele starszy. Czy
wyglądał na Wybrańca? Nie bardzo. Spodziewałam się kogoś
bardziej…
Ogółem
powinien być „bardziej”.
-
Zabijesz mnie teraz, czy potrzebujesz jeszcze chwili na złapanie
oddechu? - Przerwał ciszę. Jego głos był niefrasobliwy, wręcz
żartobliwy, w oczach jednak dostrzegłam napięcie.
Nie
bał się mnie, nie bał się śmierci. Nie była to jednak odwaga,
nie była to głupota, czy brak wyobraźni, a… obojętność.
Tak
jakby nie miał już nic do stracenia.
-
Idź. - Podniosłam się najpierw na jedno kolano, a potem
wyprostowałam się. Patrzyłam na niego z góry, zastanawiając się,
co ja też najlepszego robię. - Gdyby ktoś cię pytał, nigdy mnie
nie widziałeś.
Obróciłam
się na pięcie i już miałam pochwycić podmuch wiatru, by zniknąć
stamtąd czym prędzej, gdy powstrzymał mnie cichy szelest, gdy
mężczyzna podniósł się na nogi.
-
Dlaczego?
Zatrzymałam
się.
-
Chciałam cię zabić, a ty nie pozwoliłeś mi spaść, uratowałeś
mnie, choć wiedziałeś, że i tak będę chciała cię zabić –
odpowiedziałam. - Żaden człowiek nigdy nie zrobił dla mnie nic
takiego… Życie za życie, jesteśmy kwita. Następnym razem, gdy
się spotkamy, nie wyjdziesz z tego żywy – dodałam jednak. Rozkaz
komandora nie przestawał obowiązywać.
- W
takim razie postaram się cię unikać – odparł, a na jego twarzy
ponownie zagościł ten zdawkowy uśmieszek, który jednak nie miał
nic wspólnego z rozbawieniem. - Choć trochę szkoda… - dodał
ciszej.
Nie
pytałam, co miał na myśli.
- W
najbliższe wnyki, te na północ stąd, złapała się właśnie
młoda łania. Masz dziś dużo szczęścia, człowieku. - Zerknęłam
na niego przez ramię, nim zniknęłam wraz z gwałtownym podmuchem
wiatru.
Spojrzenie
niebieskich oczu było dokładnie takie samo, ja te, które ujrzałam
wówczas w wodach Łzy. Spojrzenie, którego wspomnienie długo
jeszcze nie chciało zniknąć z moich myśli.
MORENA
Obróciłam się na posłaniu i zauważyłam, że Niemir się we mnie
wpatruje. Jego spojrzenie paliło mnie żywym ogniem.
- Wiedziałam, że kiedyś me prawdziwe oblicze stanie między nami –
rzekłam szeptem.
Nie odrzekł ani słowa. Przysunął się bliżej mnie i otulił
ramieniem. Oparłszy swój podbródek na mej głowie, przygarnął
mnie mocniej.
- Zwątpiłem, gdy uniosłaś sztylet na tego elfa. W twych oczach
było coś... Zląkłem się, że kiedy zabijesz go, nie zostanie ci
już nikt do zaspokojenia chęci mordu poza mną. – Jego słowa
zmroziły mi krew.
Lodowaty dreszcz przebiegł linię mego kręgosłupa.
- Dlaczego miałabym cię zabić? Nie po to ocaliłam cię, aby
marnować dar, jakim dla mnie jesteś. – Bliskość jego ciała
lekko tłumiła moje słowa.
- Wiem, ale w tamtym momencie strach był silniejszy niźli trzeźwy
osąd - odrzekł, otulając nas mocniej grubą skórą, którą
byliśmy przykryci.
Wtedy poczułam jego obecność. Jakby impuls przenikający me
jestestwo na wskroś. Spojrzałam w tamtym kierunku i ujrzałam go
ponownie. Camden stał w cieniu drzew i zaciskał lewą rękę na
prawym nadgarstku. Z kącika ust spływała mu na brodę strużka
krwi. Niemir podążył za moim wzrokiem. Wstał gwałtownie i ruszył
w kierunku elfa.
- Śledzisz nas? - zapytał z gniewem, który zupełnie mu nie
pasował.
Camden zrobił krok w tył, kręcąc głową w geście zaprzeczenia.
Czyżby ponownie utracił zdolność mówienia? Podniósłszy się,
niespiesznie podeszłam w ich kierunku. Elf ujrzał moją twarz i
cofnął się gwałtownie.
- Posłali oddział. Twoją wolą było, aby się o tobie
dowiedzieli. Tak się stało, a teraz idą, aby cię zabić. - Camden
podniósł na mnie wzrok.
Jego spojrzenie pełne było różnych emocji. Niektóre zaskoczyły
mnie, gdyż elfy rzekomo nie posiadały zdolności ich odczuwania.
- Dostaną więc to, po co przyjdą. Śmierć - odpowiedziałam
lodowato.
Niemir uniósł na mnie wzrok. Jego oczy były puste, jakby
zrezygnowane. Camden odwrócił głowę, co pozwoliło mi spostrzec
siniec na jego policzku.
- Skrzywdzili cię. - Spojrzałam prosto w jego oczy, które obecnie
były lekko granatowe.
- Kiedy tylko powiedziałem im o tobie, uznali, że jako świadek,
mógłbym szerzyć niepokoje. Próbowali mnie zabić, ale to raczej
ja pozbawiam innych życia, więc swojego tak łatwo nie oddam. -
Schował prawą rękę za plecami.
W czasie jednego uderzenia serca stałam się Dziewanną.
- Pokaż - rzekłam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Elf niepewnie podał mi dłoń. Ujęłam ją palcami sięgając
nadgarstka. Camden wydał z siebie syk.
-
Kości są pogruchotane. Trochę zaboli. - Bez zbędnej
zwłoki wlałam w jego osobę swoją moc.
Zacisnął zęby, ale nie wydał nawet drobnego dźwięku.
Skrupulatne elfie szkolenie nie tak łatwo wykorzenić. Skupiłam się
i sięgnęłam mocą również rozbitej wargi i posiniaczonego lica.
- Dziękuję. - Głos zadrżał mu nieznacznie.
- Gdzie się teraz udasz? - zapytałam, na powrót stając się
Marzanną.
- Chyba wrócę do swoich. Zachowam tą historię dla siebie. Może
zaakceptują elfa ze ściętymi włosami. - Wzruszył niepewnie
ramionami.
Przyjrzałam się mu uważnie i dostrzegłam, że stał się zupełnie
inny, niż w dniu naszego poznania. W jego duszy dostrzegłam jakby
ludzką cząstkę. Cząstkę, której żaden elf nigdy nie posiadł.
Poczułam ich prędzej, aniżeli ujrzałam. Niewielki oddział elfów,
może z dwudziestka, stanął na skraju polany. Strzały posypały
się bez ostrzeżenia. Pchnęłam Niemira, który upadł na kolana,
ale żył. Strzała minęła go o milimetry. Jedno spojrzenie na
oddział i łucznicy padli martwi. Pozostała dziesiątka ruszyła na
mnie jednocześnie. Każde upadło bez życia po zrobieniu pierwszego
kroku w moją stronę.
Myślałam, że to już koniec, ale się
myliłam. Na skraj polany wkroczyła odsiecz. Raptem trzy elfy. Dwoje
wody i jeden ognia. Dwóch mężczyzn, jedna kobieta. Najpierw
ruszyła na mnie pierwsza para. Chłopak i dziewczyna, oboje o
granatowych włosach, które wyglądały, jakby cały czas były
mokre. Ich zielonobłękitne oczy pałały nienawiścią. W ich
dłoniach zalśniły dwa miecze, o rękojeściach wyobrażających
fale. Jeno jedno uderzenie serca było mi potrzebne, by sięgnąć po
miecz. Przeszedł mnie dreszcz podniecenia, kiedy klinga przecięła
pierwszego z elfów na pół. Niemir odwrócił wzrok. Zdążyłam
jednakże ujrzeć w nim pogardę. Krew elfa wraz z jego
wnętrznościami rozlała się po trawie. Dziewczyna nawet nie
mrugnęła. Ruszyła na mnie gniewnie. Sparowałam jej cios i cięłam
pod innym kątem. Padła na kolana, trzymając się za brzuch, kiedy
życie szybko opuszczało jej ciało.
Ostatni elf wyglądał na
młodszego, aniżeli poprzednia dwójka. Jednak jego płomienne oczy
zdradzały doświadczenie. Chwilę ważył w dłoni piękny miecz, w
którym odbijały się, błądzące w jego czerwonopomarańczowych
włosach, iskierki. Ten był lepszym przeciwnikiem. Udało mu się
nawet drasnąć mnie w ramię już przy pierwszym ciosie. Sekundę
później uchylił się, więc minęłam go ledwie o kilka
milimetrów. Mogłabym zmieść go z powierzchni ziemi samym
spojrzeniem, ale to dostarczało mi więcej emocji. W ostatniej
chwili elf zrobił krok w tył i mój cios rozpłatał mu brzuch,
miast rozciąć go na dwoje. Upadł na kolana, próbując utrzymać
wnętrzności na miejscu. Jego krew była wszędzie. Podniósł na
mnie wzrok, w którym nie było już gniewu, jeno przerażenie.
- Błagam – wyszeptał.
Spojrzałam w kierunku Niemira, ale ten na mnie nie patrzył. Za to
stojący opodal niego Camden wejrzał na mnie z lękiem i niemą
prośbą. Przeobraziłam się, a on podbiegł do klęczącego przede
mną elfa. Ujął go za ramiona, kiedy wici mej mocy wniknęły w
ciało mego dotychczasowego przeciwnika. Ognisty elf wrzasnął
przerażająco.
- Ten ból jest jedynie przejściowy. - Oderwałam jego zakrwawione
palce od brzucha. - Wytrzymaj jeszcze kilka sekund.
Camden zacisnął dłonie na nadgarstkach ognistego elfa, aby
udaremnić jego próby ponownego osłonięcia rany. Moja moc
niespiesznie ją zasklepiała. Lawirowałam na granicy utrzymania go
przy zdrowych zmysłach. Niemir wpatrywał się we mnie tępym
wzrokiem, który stopniowo łagodniał, gdy spostrzegł moje czyny,
mające na celu uratowanie życia elfa. Kiedy tylko po ranie nie było
znać już śladu, przeobraziłam się na powrót. Camden zdjął swe
dłonie z nadgarstków drugiego elfa, który osunął się do przodu,
opadając czołem na me ramię. Jego bliskość nie była mi zbytnio
miła. Ledwie przed kwadransem próbował mnie zabić.
- Wybacz mi – wyszeptał ochrypłym, od krzyku głosem. - Żaden
elf by się nie ulitował. Mawiają, że to przez twą krew, z której
się zrodziliśmy. Jakież to wierutne kłamstwo.
- To twierdzenie jest akurat słuszne. Tamten kapłan, wydarłszy mi
siłą kroplę krwi, sprawił iż, elfy pozbawione są tej ludzkiej
części mego jestestwa. - Miałam ochotę brutalnie odepchnąć go
od siebie, ale jego dusza wydała mi się jakaś dziwna.
- Ale czy to znaczy, że nie znasz litości? Czy to, że nam jest ona
obca również i ciebie, naszą twórczynię, jej pozbawia? - Jego
oddech owiał mi szyję.
- Jestem boginią zemsty i śmierci – mówię twardo, odsuwając
elfa od siebie.
Uniósł na mnie ogniście czerwone oczy. Czy takie same płonęły w mej
twarzy, kiedy byłam zła? Nie, u mnie sprawiao to bardziej złowrogie
wrażenie.
- Gdybyś naprawdę była tylko nią, nie ocaliłabyś mnie. - Elf
mozolnie podniósł się na nogi.
Camden podtrzymał go.
- Niedawno próbowaliśmy cię zabić, a ty spojrzeniem błagałeś
ją by mnie oszczędziła – zwrócił się do niego elf ognia. -
Pamiętam, jak wycinano ci język, a teraz na powrót możesz mówić.
Obdarzyła cię tą cząstką siebie, której pieczołowicie
zaprzecza. My dwaj jesteśmy teraz jedynymi kompletnymi elfami. -
Camden posłał mi niepewne spojrzenie.
- Próbowałeś go zabić?! - Dopiero w tamtym momencie skojarzyłam
wcześniejsze słowa Camdena z osobą elfów posłanych na mą zgubę.
Ognisty elf spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. W jego oczach było
zrezygnowanie.
- Moreno! - Głos Camdena wyrwał mnie z objęć zimnego gniewu.
- Jak się zwiesz? - Podeszłam ku ognistemu elfowi i ujęłam jego
podbródek.
Mimo iż jego dusza miała ludzką cząstkę, ujrzałam w jego twarzy
charakterystyczną dumę. Jednak wówczas nie była ona już taka
narcystyczna, jak u pozostałych elfów.
- Siabor. - Jego oczy rozbłysnęły iskrami.
- Posłuchaj, Siaborze, tym razem cię nie odeślę do Nawii, ale
pamiętaj, jak łatwo mnie rozgniewać. - Puściłam jego podbródek i
przeniosłam spojrzenie na Camdena.
Gestem nakazałam mu, aby podszedł ku mnie. Niepewnie stanął
przede mną. Oplotłam palcami jego nadgarstek i przywróciłam mu
włosy. Tak ważne dla elfów, tak nieistotne w ostatecznym
rozrachunku.
- Nie mogę pozwolić, by cię wykluczyli. - Zabrałam dłoń.
- Moreno. - Camden nie powiedział nic więcej.
Jego dusza przyciągała mnie w niepojęte dla mnie sposób. Wyjęłam
z cholewy wysokiego buta niewielki sztylet, którego ostrze
zaprawiane było jadem Żmija, co sprawiało, iż ledwie draśnięcie
było śmiertelne. Jedynym antidotum była krew bogów.
- To ostrze niesie śmierć każdemu, kogo skaleczy. Będzie twą
ochroną. - Podałam sztylet Camdenowi.
- Dziękuję. Pójdziemy już. Mam nadzieję, że cię jeszcze
spotkam. - Elf lekko skłonił głowę.
- Niech moi bracia i siostry będą ci przychylni. - Patrzyłam za oboma
elfami, kiedy znikali w gęstym lesie.
Niemir podszedł do mnie i niepewnie mnie objął. Oparłam swe lico
o jego pierś i zrozumiałam. Jego dusza, podobnie jak ta Camdena, przyciągała moje jestestwo w niezwykły sposób. Zapewne dlatego
nawet jako bezduszna, mściwa bogini byłam im przychylna. Jednak nie
potrafiłam pojąć cóż jest powodem tej magnetycznej siły. Co
sprawiło, iż dwie, nie mające znaczenia w świecie, istoty
okiełznały i przytłumiły Morenę? To ten zew, tamtego dnia, kazał
mi uleczyć Niemira i to on od początku skłaniał mnie ku ocaleniu
Camdena. Jednak nie miało to nic wspólnego z Siaborem, który nie
uzyskałby mej łaski gdyby nie elf powietrza. Więc, jakim sposobem
ci dwoje stali się moją słabością?
ŻYWIA
- To nie
tak, że ludzie mnie nienawidzą – mówił Falibor, gdy prowadził mnie rankiem
przez dziedziniec. – Po prostu jestem inny, nie pasuję do reszty.
Dopiero w świetle dnia dojrzałam jego białą skórę, która mieniła się na różowo
w miejscach szczególnie wystawione na promienie słońca. Jasnoczerwone tęczówki
rankiem nabrały koloru krwi, a niebieskobiałe białka tworzyły niespotykane
połączenie. Przerażające dla prostych mieszkańców ludzkiego królestwa. Dla mnie
było to jednak kolejne ziarenko, życie które stworzyłam, nie różniło się ono
niczym od pozostałych, dlatego po części dziwiłam się mieszkańcom, którzy
patrzyli na mojego towarzysza z pogardą.
Poza nimi poznałam także Mirmiła o
jednym oku niczym węgiel, a drugim w kolorze nieba, oraz Strzebora, któremu strażnicy odcięli
kiedyś język, a na twarzy pozostawili głęboką bliznę, za kradzież jabłek ze
straganu.
- Oddasz mi to, co dawno temu mi odebrałaś. Zdejmiesz ze mnie klątwę. – Popatrzyła na mnie swym pustym wzrokiem.
Wiedziałam, że tego pragnie. Ale czy
mogłam to zrobić? Czy mogłam na tyle jej zaufać? Z pewnością nie. Nie mogłam
tak po prostu zdjąć klątwy, musiałam być pewna, że bogini zemsty nie podąży za
nami. Wzięłam więc głęboki wdech i rozcinając swoją dłoń pozwoliłam, by tak, jak
poprzednio krople krwi opadły na ziemie. Dotknęłam dłonią jej czoła i
wymówiłam inkantację, której nauczył mnie Prastary Dąb. Gdy skończyłam, nad
Moreną nie wisiała żadna klątwa.
Lecz nie ma nic za darmo w tym świecie. Nie
była przeklęta, ale nie była też już boginią.
_____________
Jak tak dalej pójdzie, to nie zobaczycie już żadnego rozdziału, bo Szal oraz Szur wpadną w kompleksy na punkcie kunsztu literackiego Szajbniętej i popełnią seppuku pałeczkami. Ewentualnie wykończą nas (wszystkie trzy) studia. Musicie więc nas porządnie zachęcić... na przykład jakąś opinią. W formie pisemnej.
Just sayin'.
Pozdrawiamy, SS&S
| |||